27 sierpnia 2026 roku ministrowie spraw zagranicznych Szwecji, Polski, Holandii i Hiszpanii wysłali wspólny list do Kaji Kallas oraz szefowej irlandzkiej dyplomacji Helen McEntee.
Pod dokumentem podpisali się:
Maria Malmer Stenergard — Szwecja,
Radosław Sikorski — Polska,
Tom Berendsen — Holandia,
José Manuel Albares Bueno — Hiszpania.
Nie jest to przeciek.
Nie wpis na X.
Nie film z YouTube.
To oficjalny dokument opublikowany na stronie rządu Holandii.
I właśnie dlatego warto przeczytać go uważniej niż nagłówki.
Ponad 200 miliardów leży na stole
Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Zachód zamroził rezerwy rosyjskiego banku centralnego.
W Unii Europejskiej chodzi dziś o około 210 miliardów euro.
Według Reutersa około 185 miliardów euro aktywów rosyjskiego banku centralnego znajduje się w belgijskim Euroclear.
Sam Euroclear podaje jeszcze większą kategorię.
Na koniec czerwca 2026 roku na jego bilansie znajdowało się 202 miliardy euro aktywów objętych rosyjskimi sankcjami.
To nie jest jednak dokładnie ta sama kategoria co rezerwy rosyjskiego banku centralnego.
Dlatego tych liczb nie należy bezmyślnie mieszać.
Jedno jest natomiast pewne.
Unia nie skonfiskowała dotąd tych ponad 200 miliardów.
Kapitał pozostaje zamrożony.
Unia korzysta natomiast z nadzwyczajnych dochodów powstających na tych aktywach.
Na początku sierpnia Komisja Europejska poinformowała o kolejnych 1,4 miliarda euro.
Od zamrożenia aktywa wygenerowały już około 8 miliardów euro nadzwyczajnych zysków.
Czyli sejf nadal stoi.
Ale odsetki już z niego wychodzą.
I jak to zwykle bywa z sejfem pełnym cudzych pieniędzy, prędzej czy później ktoś zaczyna pytać, czy nie dałoby się otworzyć również głównej komory.
Belgia powiedziała: chwileczkę
I tu kończy się polityka wielkich słów, a zaczyna polityka portfela.
Dopóki mówimy:
„Rosja musi zapłacić”,
wszyscy są odważni.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś kładzie na stole formularz z rubryką:
„odpowiedzialny za ewentualne straty”.
W 2025 roku pojawił się pomysł, aby rosyjskie aktywa wykorzystać znacznie szerzej jako podstawę finansowania Ukrainy.
Plan rozbił się między innymi o sprzeciw Belgii.
Dlaczego?
Bo Euroclear nie leży w abstrakcyjnej „Europie”.
Leży w Brukseli.
Czyli polityczna decyzja mogłaby być europejska.
Pieniądze rosyjskie.
Beneficjent ukraiński.
Konferencja prasowa wspólna.
Moralne oburzenie wspólne.
Ale gdyby operacja zaczęła się sypać, pierwszy telefon zadzwoniłby w Belgii.
Belgowie najwyraźniej umieją czytać drobny druk.
Nie chcieli zostać samotnym kasjerem Europy przy operacji wartej setki miliardów euro.
I trudno im się dziwić.
Bo solidarność wygląda świetnie na wspólnym zdjęciu.
Trochę gorzej, kiedy trzeba podpisać gwarancję.
Ostatecznie Unia przyjęła inne rozwiązanie.
90 miliardów euro pożyczki dla Ukrainy na lata 2026–2027, pozyskiwanej przez UE na rynkach kapitałowych i zabezpieczonej możliwościami budżetu Unii.
Czechy, Węgry i Słowacja zostały przy tym wyłączone z finansowych zobowiązań wynikających z uruchomienia unijnego budżetu jako gwarancji tej pożyczki.
Rosyjskie aktywa pozostały zamrożone.
Problem jednak nie zniknął.
Został odłożony.
Czyli klasyka.
Kiedy nie da się rozwiązać problemu politycznie, można zawsze przesunąć go kilka lat do przodu i nadać temu odpowiednio poważną nazwę.
I teraz Polska chce do niego wrócić
Najważniejszy fragment listu czterech ministrów wcale nie brzmi:
„zabrać Rosji pieniądze”.
Jest ciekawszy.
Autorzy proponują, aby eksperci Komisji Europejskiej ponownie zbadali możliwości wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów na rzecz Ukrainy.
Ale dodają przy tym coś niezwykle istotnego.
Rozwiązanie powinno być tak skonstruowane, aby ryzyko spoczywało na wszystkich państwach Unii i żeby żadne państwo nie ponosiło nieproporcjonalnie dużego ciężaru.
Przeczytajmy to jeszcze raz.
Już bez dyplomatycznego lukru.
Problem nie polega wyłącznie na tym:
jak wykorzystać rosyjskie pieniądze?
Problem brzmi również:
kto poniesie konsekwencje, jeśli coś pójdzie źle?
I właśnie tutaj belgijski opór przestaje wyglądać jak zwykłe polityczne marudzenie.
Bo jeśli państwa, które chcą wrócić do sprawy, same piszą o konieczności rozłożenia ryzyka na całą Unię, to znaczy, że ryzyko nie jest wymysłem.
Ono ma już swoją rubrykę w dokumencie.
A ono nie jest wyłącznie teoretyczne
Rosyjski bank centralny pozwał Euroclear.
I nie chodzi o drobne.
Roszczenie opiewa na 18,17 biliona rubli — około 200 miliardów euro.
15 maja 2026 roku moskiewski sąd pierwszej instancji wydał orzeczenie korzystne dla rosyjskiego banku centralnego.
Euroclear się odwołał.
16 lipca apelację odrzucono.
Euroclear nie uznaje jurysdykcji rosyjskiego sądu i podkreśla, że takie roszczenia oraz rosyjskie orzeczenia nie są uznawane w prawie Unii Europejskiej.
I słusznie można powiedzieć:
rosyjski sąd może sobie orzekać.
W Unii nic z tego.
Na dziś jest w tym sporo racji.
Tylko że Rosjanie nie piszą już wyłącznie protestów.
Piszą pozwy.
Roszczenie istnieje.
Postępowanie istnieje.
Spór o setki miliardów nie jest więc figurą retoryczną.
On już trafił do sądu.
Sam Euroclear wskazuje, że Fitch ocenia potencjalne ryzyka płynnościowe i prawne związane z zamrożonymi aktywami rosyjskiego banku centralnego jako niewielkie w perspektywie najbliższych 12–18 miesięcy.
To ważne.
Nie ma sensu robić z tego finansowej apokalipsy.
Ale skoro sam Euroclear mówi jednocześnie o wielu postępowaniach przed rosyjskimi sądami, kosztach sankcji i konieczności obrony swoich interesów również przed sądami belgijskimi, to znaczy, że problem prawny nie jest wymysłem komentatorów.
On już istnieje.
A „niewielkie ryzyko” nadal zawiera jedno bardzo ważne słowo.
Ryzyko.
I tutaj wchodzi Polska
Nie jako „likwidator Bretton Woods”.
Na taki wniosek nie znalazłem żadnego dokumentu.
Nie znalazłem również wiarygodnego potwierdzenia kwoty 700 miliardów euro, która pojawia się w internetowych materiałach.
To zostawmy tam, gdzie należy.
W kategorii hipotez wymagających dowodów.
Mamy za to coś znacznie konkretniejszego.
Polski minister spraw zagranicznych własnym nazwiskiem poparł ponowne szukanie sposobu wykorzystania rosyjskiego kapitału na rzecz Ukrainy.
I tutaj zaczyna się pytanie, którego nie da się przykryć moralnym sloganem.
Bo „Rosja powinna zapłacić” to najłatwiejsze zdanie całego problemu.
Podpiszą się pod nim prawie wszyscy.
Trudniejsze brzmi:
według jakiego prawa?
Jeszcze trudniejsze:
kto bierze odpowiedzialność?
A najtrudniejsze:
czy Polska, podpisując powrót do tej operacji, podpisuje również udział w ryzyku, jeśli konstrukcja kiedyś zacznie przeciekać?
Bo w polityce wszyscy chcą podpisywać deklaracje.
Znacznie mniej ludzi chce podpisywać gwarancje.
Bo rachunek zawsze ma właściciela
W grudniu 2025 roku Unia rosyjskiego sejfu nie otworzyła.
Zrobiła coś znacznie bardziej europejskiego.
Poszła na rynek i pożyczyła pieniądze sama.
90 miliardów euro.
Rosyjskie aktywa nadal leżą zamrożone.
Ukraina dostaje finansowanie.
A zobowiązanie powstaje po stronie Unii.
To ważna różnica.
Bo wtedy nie mówimy już:
„Rosja finansuje Ukrainę”.
Najpierw finansowanie pozyskuje Unia.
Rada Europejska zapisała jednocześnie, że Ukraina miałaby spłacić tę pożyczkę dopiero po otrzymaniu reparacji, a do tego czasu rosyjskie aktywa pozostają zamrożone.
Unia zastrzegła sobie również możliwość wykorzystania ich w przyszłości do spłaty pożyczki — zgodnie z prawem UE i prawem międzynarodowym.
Piękna konstrukcja.
Do momentu, w którym ktoś zapyta:
a jeżeli reparacji nie będzie?
Jeżeli rosyjskich aktywów nie będzie można legalnie wykorzystać w zakładanym zakresie?
Jeżeli procedury utkną na lata?
Jeżeli pojawią się skuteczne roszczenia?
Jeżeli polityczne „tymczasowo” zamieni się w finansowe „na zawsze”?
Wtedy kończą się deklaracje.
Zaczyna się prawdziwa polityka.
Czyli szukanie człowieka, który zapłaci.
I właśnie dlatego ten list jest ciekawszy niż polityczne deklaracje
Czterech ministrów nie napisało:
„mamy rozwiązanie”.
Nie napisali:
„sprawa jest prosta”.
Nie napisali nawet:
„zabieramy pieniądze”.
Napisali w praktyce:
wróćmy do problemu,
przeanalizujmy nowe możliwości,
zbadajmy zgodność z prawem,
i rozłóżmy ryzyko tak, żeby żaden kraj nie został z nim sam.
To nie jest dowód spisku.
To jest dowód, że problem jest realny.
A dla mnie dokument jest zawsze ciekawszy od teorii.
Bo teoria może opowiedzieć wszystko.
Dokument musi jeszcze przeżyć spotkanie z podpisem, prawem i pieniędzmi.
I właśnie tam najczęściej kończy się polityczny teatr.
Autorzy listu chcą, aby temat został podjęty podczas nieformalnego spotkania ministrów spraw zagranicznych UE — Gymnich — 1 i 2 września w Irlandii.
Na stole będzie około 210 miliardów euro zamrożonych rosyjskich aktywów banku centralnego w UE.
Pod stołem będzie ryzyko.
A gdzieś pomiędzy jednym a drugim znajdzie się pytanie, którego politycy najbardziej nie lubią:
kto podpisuje rachunek, jeżeli plan nie wypali?
Bo pieniądze mogą być rosyjskie.
Decyzja może być europejska.
Beneficjent może być ukraiński.
Ale rachunek zawsze musi mieć właściciela.
Sezon drugi właśnie dostał swój pierwszy dokument.
P.S.
Dziękuję użytkownikowi A-Tem za trop podrzucony w komentarzu pod finałem Sezonu I.
To właśnie od jego pytania zaczęło się moje „sprawdzam”.
Źródła:
– wspólny list ministrów spraw zagranicznych Szwecji, Polski, Holandii i Hiszpanii do Kaji Kallas i Helen McEntee, 27.08.2026, Government.nl
– Reuters, „Four EU countries seek to reopen debate on Russian frozen assets for Ukraine”, 27.08.2026
– Rada Europejska, „European Council, 18 December 2025, Ukraine”
– Euroclear, wyniki za I półrocze 2026, część dotycząca rosyjskich sankcji i postępowań sądowych
– Komisja Europejska, 5.08.2026, informacja o 1,4 mld euro dochodów z zamrożonych rosyjskich aktywów


Komentarze
Pokaż komentarze (12)