26 obserwujących
211 notek
201k odsłon
  1499   15

Tajemnice ruskiego mira

Niedźwiedź
Niedźwiedź

Wszyscy, a przynajmniej ci, którzy chociaż w minimalnym stopniu interesują się czymś poza teleturniejami, mamy przed oczyma rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa  w stolicy Turcji i jego frazę: „Nawiązując do pańskiego pytania, czy planujemy napaść na inne państwa: nie, nie planujemy. Na Ukrainę też nie napadliśmy”. Reakcją normalnego człowieka Zachodu był moment osłupienia i złość. Jak można, za idiotów nas uważa? Pieprzony złodziej, złapany za rękę w kieszeni poszkodowanego boży się, że to bynajmniej nie jego ręka. Nie zwracamy więc uwagi na istotę tego przekazu, nie rozumiemy, do kogo jest skierowany. Nie, nie do Europejczyków czy Amerykanów. Stary kremlowski lis, kwintesencja ruskiej kleptokracji, który „odłożone z pensji ministra” miliony euro i dolarów chomikuje na rodzinne słupy w Londynie czy Genewie, na przekonanie zachodniej opinii publicznej z pewnością nie liczy. On mówi przede wszystkim do Rosjan. Owszem, tak przy okazji daje jakieś paliwo skorumpowanym czy bezdennie durnym prorosyjskim grupkom, mami Murzynów w głębi Afryki, jak to było ostatnio w RPA, ale celem jego przekazu są obywatele Federacji Rosyjskiej. Patrzcie, mówię im to w oczy. A oni nic mi nie zrobią. Skuteczne? Całkiem, całkiem, z sondaży (zachowując właściwe rzeczy proporcje), ale i z rozmów, jakie obcy dziennikarze prowadzili jeszcze do niedawna w Putinlandii można wnosić, że „specjalną operację wojskową” popiera zdecydowana większość Rosjan. W miastach, bo tam, gdzie nie dociera nic, poza państwową propagandą, w „głubince”, pewnie jest to większość przytłaczająca. Przypomnijcie sobie rozmowę rosyjskiego jeńca z mamusią, do której nawet w takiej sytuacji nic nie dociera.
Jak to możliwe? Zapomnijmy o przykładaniu do Rosjan naszej miary. Zmacerowane wiekami tatarskiej, carskiej i sowieckiej niewoli społeczeństwo władzy się słucha. Wie od „starszych”, że jest otoczone przez wrogów, którzy tylko okazji czekają, by na Matuszkę Rossiję napaść. Przeszło stosunkowo niedawno przez traumę rozpadu sowieckiego imperium. Nieprzypadkowo w dziesiątkach współczesnych rosyjskich produkcji filmowych pojawia się sympatyczny staruszek mówiący z żalem o byłym ZSRR „takuju storonu profukali”. O nostalgię tym łatwiej, że mimo całego sowieckiego bardaku i biedy następujące po niej lata 90., „prokljatyje diewianostyje”, w naszym, polskim doświadczeniu kojarzące się mimo wszelkich patologii z porządkowaniem pokomunistycznego chaosu, tam były czasem straszliwej smuty. Czasem wieloletniego (1991-98) kryzysu gospodarczego z ciągłym spadkiem PKB, rozpadem struktur, niewyobrażalnym złodziejstwem i korupcją, trzema falami „prywatyzacji”, przy której nasz balcerowiczyzm-lewandowskizm może śmiało uchodzić za wzór   uczciwości i porządku.  Przestępczością na skalę dla nas niewyobrażalną, dotykającą każdego, od szaraka, który wychodząc na ulicę nie wiedział, czy za parę rubli w portfelu jakiś żulik nie poderżnie mu gardła, po ustawionego biznesmena, na którego mogli napaść tak zwani „czarni rajderzy”, przystawić do głowy jego lub jego dziecka pistolet i tak skutecznie przekonać do podpisania aktu notarialnego, przekazującego jego biznes za psiego rubla. Czasy niewyobrażalnej korupcji, z której żyli wszyscy, mający jakiekolwiek uprawnienia decyzyjne w aparacie państwa, od milicjanta z drogówki po ministrów. To wszystko nieco uporządkował, a patologie ograniczył i ujął we w miarę przewidywalny system nie kto inny, jak właśnie Putin. Tej zasługi Rosjanie mu nie zapominają, tym bardziej, że równolegle, wraz z koniunkturą na surowce przyszła poprawa sytuacji gospodarczej. Dla zwykłego Rosjanina czas, w którym mógł znowu dostać wypłatę bez półrocznego opóźnienia, a w wielkich miastach czas nawet całkiem niekłamanego dobrobytu i dostępu do dobrodziejstw współczesnej cywilizacji.
Wszystko to okraszane wszechobecną państwową propagandą.  Przeszła zima, przychodzi leto – spasibo Putinu za eto. Lata wytężonej pracy na tym polu nie pozostały bez rezultatów. Zupełnie inaczej, niż człowiek Zachodu, Rosjanin postrzega też wojnę. Dla niego, zupełnie odmiennie niż dla nas, jest to jeden z normalnych trybów działania państwa. Jeszcze raz odwołam się do rosyjskiej kinematografii: sprawdźcie sobie, jak wielki procent całej ich produkcji to filmy wojenne, głównie opowiadające o II wojnie światowej, ale i o współczesnych konfliktach, aż po Krym i Syrię. I są to filmy o bohaterstwie, poświęceniu, zwycięstwie. Nie jakiś tam antywojenny zachodni chłam, gdzie bohater z powodu wojny tylko cierpi, ginie bez ładu, składu i sensu, a gdy go postrzelą, zbiega się cały batalion by potrzymać go za rękę.
Jak bardzo putinowska propaganda jest skuteczna? Jak widać, radzi sobie nie najgorzej – skoro rosyjskie wojsko można po barbarzyńsku posłać na sąsiada, a dieduszka w dierewni razem z popem wnuka idącego na ukraińskich faszystów błogosławią. Ale tak całkiem  nie do końca, skoro Finowie mówią o przepełnionych pociągach Petersburg-Helsinki, jadących na pusto z powrotem, a i sam Putin nie bez powodu musiał ustanowić karę do 15 lat wiezienia dla tego, kto odważy się wyrazić o napaści na Ukrainę zdanie inne, niż oficjalnie nakazane. Owszem, Putin może zadekretować, że dzieło Tołstoja będzie od jutra nosić tytuł „Specjalna operacja wojskowa i pokój”, ale utrzymać ten stan może tylko w przypadku zwycięstwa. Car przegrywający źle kończy, o czym przekonał się po wojnie krymskiej jeden Mikołaj, a po japońskiej i I światowej drugi. Bo w społeczności tego typu wielka jest dla władzy uległość i cierpliwość, ale i po przekroczeniu pewnej granicy, wielki wybuch niezadowolenia.
Czego więc oczekiwać? Operacja na Ukrainie nie idzie według rosyjskiego planu. Kilkunastodniowy opór i duże straty w ludziach oraz sprzęcie coraz trudniej dają się ukrywać. Nie można jednak nie zauważać, że Rosjanie cały czas są w ofensywie, ze zajęli znaczne tereny wschodniej i południowej Ukrainy, że tylko oblężony Mariupol dzieli ich od upragnionego lądowego korytarza do Krymu. Rosyjskie wojska są pod Kijowem. Nie wydaje się, by mieli na tyle sił, by zdobyć ukraińską stolicę, ale niszczyć ją mogą nawet nie wkraczając do miasta. O ile woli oporu Ukraińców nie złamią, a nic nie wskazuje by mogło się to stać, być może będziemy w przeciągu kilku-kikunastu dni świadkami jakichś propozycji rozejmowych. I tu pojawi się znów wielka rola dla Zachodu. Byle nie w postaci „pośrednictwa” Scholza czy innego Macrona, którzy za przyszłą posadę w radzie nadzorczej dali by Putinowi furtkę do powrotu na salony, a konsekwentnych, długotrwałych i uzupełnianych sankcji, odcinających skutecznie Rosję i Rosjan od cywilizowanego świata. Tylko tak, skoro na wojnę kinetyczną się nie zdecydujemy, możemy Rosję pokonać. Bo pokonać ją trzeba, jeśli za kilka lat nie chcemy powtórki.

Lubię to! Skomentuj36 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka