Starosta Melsztyński Starosta Melsztyński
224
BLOG

Umieranie nie jest piękne

Starosta Melsztyński Starosta Melsztyński Rozmaitości Obserwuj notkę 3

Umieranie nie jest piękne. Ani gdy umierają ludzie ani gdy umierają domy.

Pierwszy dom moi dziadkowie zbudowali pospiesznie zaraz po ślubie. To było chyba w okolicach I Światowej, ale chłopom z tego małego polskiego zakątka, w którym się osiedlili, wydawało się to odległe Składał się z maleńkiej kuchenki z klepiskiem i z drzwiami na przestrzał dla wietrzenia i niewielkiego pokoiku, który wiele lat później służył do przechowywania zboża. 

Kilka lat później wystawili solidny dom, z dwiema izbami, komorą na wszystko, co tylko przyjdzie do głowy - worki z mąką z młyna w Krężnicy Jarej, suszone sery, domowe wędzone kiełbasy, słodki sok malinowy w butelkach, gąsior z nalewką wiśniową, gruszki w zalewie w szklanych słojach, plasterki jabłek na lnianej nici ususzone na słońcu, obszerną kuchnią - centrum życia rodzinnego, W sieni znajdowało się zejście do głębokiej, wykopanej w ziemi piwnicy, ciemnej, lekko wilgotnej i śmierdzącej, do przechowywania ziemniaków, jabłek ozimych, główek kapusty, marchwi, korzeni pietruszki i solicdne schody w górę, do nieurządzonego strychu - graciarni, na który w czasie wakacji wchodziłem by odkrywać i badać jego zawartość: zjedzony przez mole kożuch babci, kołowrotek, wiązki fasoli do łuskania zimą, suszące się snopki lnu, międlnicę i paździerznicę do obróbki lnu na szare, długie lotne włosy czarownicy, stare kwity z pieczęcią Generalnej Gubernii o zapłacie za dostarczone obowiązkowe dostawy - pół litra nafty albo litr wódki, drewnianą maselnicę do wyrobu domowego masła i mnóstwo innych skarbów.

Wychowało się w nim pięcioro dzieci babci, moja matka i czworo jej rodzeństwa. Najmłodszy syn został i mieszkał w kuchni jeszcze przez kilkanaście lat, babcia zajmowała pokój dzienny, ocieniony rosnącymi w sadzie wysokimi gruszami o niejadalnych owocach, pełen tajemnic, z zegarem złowieszczo, ze zgrzytem sprężyny, wybijającym godziny, z wielką szafą wzorowaną na szafach gdańskich, z czarnym stołem na którym zawsze stał krucyfiks w otoczeniu dwóch najładniejszych pelargonii o bladoróżowych kwiatach, z głębokimi krzesłami z giętego drewna.

Przed domem rósł olbrzymi już wówczas, rozłożysty dwupienny orzech, gdy ostatni raz tam odwiedziłem wieś 7 lat temu stał jeszcze.

Ale stary piękny dom już nie istnieje. W wyniku działów rodzinnych część gospodarstwa z domem przypadła mojemu wujowi, któremu dom wydawał się nie wystarczająco na pokaz i gdy tylko babcia się wyprowadziła do nowozbudowanego domu na działce obok, stary dom został rozebrany, deska po desce z szalowania, strzecha zerwana, belki rozmontowane, aż nie został po nim cień, ślad w ziemi. Co się stało z materiałem po rozbiórce nie wiem. Gdzieś zachowało się zrobione przeze mnie zdjęcie, poszarzałe przez 50 lat, które minęły, nie oddające pełnej urody wiejskiej chaty.

W połowie lat 70 dział mojej matki, przynależne jej 6 mórg, których nie miał już kto obrabiać został sprzedany, a za część pieniędzy kupiona została położona nieco na uboczu, ale blisko, bo przez łąkę, domu mojej ciotki, resztówka, 1500 kwm, na lekko ku południowi i łące schodzącym pagórku. Akurat w Lublinie, na Rurach, wznoszone było na zachodnim wówczas skraju miasta nowe osiedle i stara wiejska zabudowa w otoczeniu jaśminowych, bzowych, baśniowych ogrodów była brutalnie demolowana spychaczami. Jeden z takich skromnych domków, po dokładnym przeglądzie został kupiony, zdemontowany przez kuzyna-cieślę budowlanego, belki starannie ponumerowane i opisane, całość załadowana na ciężarówkę z budowy (dyskretnie przywołany szofer z budowy dostał do kieszeni, ale to wykroczenie od dawna się przedawniło) i przewieziona na nową działkę, gdzie właśnie powstawała podmurówka, a na niej cieśla z pomocnikami w kilka dni zbudowali z przywiezionych belek łączonych na zrąb i na kołki, bez użycia choćby jednego gwoździa, nowy dom, z dodanym później gankiem. Składał się z kuchni i pokoju, został obmurowany i służył babci przez ostatnie 5 lat jej życia.

Zimą babcia objuczona pięcioma tobołkami (lubiła zabierać w podróż małe tobołki, dokładnie policzone przed wyjazdem i przy każdej przesiadce) zjeżdżała do Warszawy, ale z nadejściem cieplejszych wiosennych dni już była spakowana i we wczesnokwietniową sobotę lub niedzielę zawoziłem ją pociągiem do Lublina a stamtąd lokalnym autobusem szosą nałęczowską i kawałek miedzami do domku. 

Od południa przed domem rosły piwonie (widać je na którymś ze zdjęć), trochę dalej w słońcu patyczaste maliny, od wschodu był ogród warzywny z cebulą, czosnkiem, marchewkami, kartoflami, pomidorami, bobem i zagony truskawek. Od zachodu babcia zasadziła kilka śliw, sprowadzonych z najstarszej części sadu przy pierwszym domu, w kojcu na ganku szczebiotały wiosenne kurczęta, które miały dostarczać świeżych wiejskich jajek aż do października i niedzielnych obiadów, babcina specjalność - pieczone w piecu kurczę nadziewane farszem z podróbek, bułki, zielonej pietruszki w sosie śmietanowym. Nic nigdy nie smakowało mi tak jak wyciągnięte z pieca kurczę z młodymi ziemniakami. Wreszcie od północy był chlewik - a jakże, musiał być - w którym wesoło chrząkały prosięta. To był babcine życie, zawsze wypełnione pożytecznymi zajęciami i kwiatami - piwoniami i georginiami.

Na czarnym stole stanął krucyfiks w otoczeniu pelargonii o bladoróżowych delikatnych kwiatach.

3 lata temu, wynajętym na stacji benzynowej samochodem dostawczym sprowadziłem czarny stół do Warszawy, oddałem do renowacji i jest teraz ozdobą warszawskiej kuchni.

Na  zdjęciach - tak wygląda dom, w którym od 40 lat nikt nie mieszka, poza sową na strychu i wpadającą z wizytą przez wytłuczone okno kuną.

Ogród zarósł samosiejkami śliw, orzechów włoskich, ptasich czereśni, tylko gdzieniegdzie zachowały się sadzone ręką babci kępy rozłożystych piwonii i ukryte w trawie, na wpół zdziczałe poziomki ogrodowe.

W okolicy buszują lisy i kuny, włóczą się bandy dzików grzebiące w kartoflisku u sąsiada, pojawiają się sarny, zwłaszcza po jesiennych zasiewach pasące się na młodej runi, jesienią przelatują szlakiem nad łąką krzykliwe klucze żurawi dążące na południe.

Niekoszona od lat łąka zarosła chwastami, wysechł płynący nią strumyk i wyschły zasilające go źródła.

Tylko stojące wzdłuż biegu nieistniejącego strumienia trwają wierzby.



Zobacz galerię zdjęć:

Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców. Samuel Johnson    

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości