293 obserwujących
1354 notki
4275k odsłon
  1515   1

PiS rusza w Polskę. W cieniu wojny i pod pręgierzem inflacji

Jarosław Kaczyński ogłosił mobilizację w swojej partii. Jej głównym elementem ma by wyjazd najważniejszych polityków PiS w teren. Strategia ta jest wykorzystywana od lat przez polityków. Przynosiła efekty – zarówno w przypadku Donalda Tuska, jak i Beaty Szydło czy Andrzeja Dudy. Pytaniem jednak pozostaje, czy PiS ma pomysł, by narzucić ton tak, jak potrafiło to robić do kampanii prezydenckiej w 2020 roku. Pytanie jest zasadne, bo na sobotniej (4 czerwca) konwencji nie padło nic, co mogłoby porwać wyborców i co ważniejsze - przekonać do siebie niezdecydowanych.

Gdyby w nadchodzących wyborach sprawdziły się aktualne sondaże, to PiS wygrałoby trzeci raz, ale tym razem nie mogłaby rządzić bez współkoalicjanta. Dla partii Kaczyńskiego istniałoby więc duże ryzyko, że władzę objęłaby opozycja, tyle że ta nie wie z kolei, czy startować osobno, czy w „antypisowskim” bloku. To sprawia, że na Nowogrodzkiej mogą z rozbawieniem przyglądać się temu, jak jednego dnia liderzy ugrupowań wchodzą w polityczny mariaż z Donaldem Tuskiem – choćby przy obsadzaniu wespół z KOD komisji wyborczych mężami zaufania – innym razem odżegnując się od wspólnego startu.

Prawica się jednoczy (znów)

Dziś, po kryzysie w koalicji PiS ma kruchą większość, co skutkuje niespodziewanymi zwrotami akcji na sali plenarnej (słynny projekt lex Kaczyński, odrzucony przez opozycję), ale wciąż ją posiada. Nawet Solidarna Polska, wybijająca się coraz bardziej na „niepodległość” (m.in. krytyka Unii Europejskiej ws. Krajowego Planu Odbudowy), doszła do chwilowego porozumienia z PiS.

Cóż, Zbigniew Ziobro musi mieć na uwadze, że bez wsparcia PiS prawdopodobnie nie dostanie się do parlamentu, a ewentualny sojusz z Konfederacją wcale nie musi zapewniać jego ludziom miejsc w kolejnym rozdaniu. Tym bardziej że w ostatnich badaniach Konfederacja spadła poniżej poziomu progu wyborczego.

To także dlatego sobotnia konwencja PiS miała przełamać impas i defensywę, w którą na skutek lockdownów i inflacji wpadł w ostatnich miesiącach obóz rządzący. I choć krótkotrwałym przełamaniem okazała się wojna na Ukrainie, gdy sprawujący władze punktowali w oczach społeczeństwa jednoznacznym poparciem dla uchodźców, pomocą wojskową dla sąsiadów i zdecydowaną poprawą relacji ze Stanami Zjednoczonymi, to wciąż bitwa toczy się o to, czy PiS jest w stanie przebić mur 40 proc., potrzebny do samodzielnych rządów.

I z drugiej strony-czy opozycja jest w stanie przeciągnąć na swoją stronę niezdecydowanych albo nawet i część elektoratu PiS, o czym wspominają wciąż (chórem i osobno) były prezydent Bronisław Komorowski, a także Władysław Kosiniak-Kamysz, Jarosław Gowin i Włodzimierz Czarzasty.

Pierwsze skrzypce należą do inflacji

Zapytaliśmy ekspertów o powód zwołania konwencji. - Adresatami tych wystąpień byli członkowie partii i elektorat PiS. Nie zamierzano przekonywać tzw. nieprzekonanych, gdyż jest to zbędne z punktu widzenia polaryzacyjnej strategii przyjętej przez obóz rządzący. Istotne jest wydzielenie własnej części elektoratu, dającej prowadzenie w sondażach i jej utrzymanie-mówi „Dziennikowi Polskiemu” dr Maciej Zakrzewski, politolog z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. - Opinia publiczna jest przyzwyczajona do formułowanych komunikatów przez dwie największe partie w kraju. Jarosław Kaczyński podczas konwencji zwracał się wyraźnie z przekazem do elektoratu PiS. Nie było nowości, ale znane argumenty i obietnice trafiające do popierających Zjednoczoną Prawicę – dodaje politolog.

To prawda. Według zapowiedzi „Faktu” konwencja miała być mocnym uderzeniem pięścią w stół: wtedy usłyszelibyśmy o 700 plus, „czternastce” wpisanej na stałe do pejzażu emerytur, reformie urlopów i dopłatach do ogrzewania węglem, coraz droższym ze względu na sankcje, nakładane na rosyjskiego agresora. Tymczasem Jarosław Kaczyński wspomniał tylko o ostatnim wątku – bez szczegółów – oraz o planach podniesienia płacy minimalnej do poziomu 4 tys. złotych.

Konkretem było zaś to, że PiS rusza w teren tak jak w 2020 roku. Premier Mateusz Morawiecki (porównany przez do maratończyka) rozpoczął objazd od Podlasia, natomiast Jarosław Kaczyński na pierwszy ogień udaje się do Sochaczewa. Jak wskazano – ten model jest sprawdzony – podobne wyjazdy były istotnym elementem w kampaniach od 2015 roku, czyli „Dudabusa”. Wcześniej korzystał z niego Donald Tusk w tzw. „Tuskobusie” i wygrał wybory w 2011 roku.

- To ważny element kampanii wyborczej, który stosuje nie tylko PiS. Objazdy obejmują przede wszystkim mniejsze i średnie miejscowości, gdzie Zjednoczona Prawica cieszy się wyższym poparciem. I właśnie w takich regionach trafienie z komunikatem do wyborców jest o wiele lepsze. Inaczej jest, gdy Jarosław Kaczyński odwiedzi Kraków, a inne przełożenie ma wizyta w miasteczku powiatowym. To działanie całkowicie racjonalne w oparciu o sprawdzone instrumenty – ocenia dr Zakrzewski.

Mobilizacja wyborców będzie ważna dla obu stron, bo kolejne wyborcze głosowanie będzie miało (jak poprzednie) charakter plebiscytu. I tak Zjednoczona Prawica chce odpowiedzi na pytanie, czy Polacy są gotowi na powrót Donalda Tuska i jego ludzi do władzy. Platforma Obywatelska natomiast zechce, by jak najwięcej osób odpowiedziało twierdząco na pytanie: „czy jesteś za odsunięciem PiS od władzy”.

Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka