Blog
Rok 2013
Milton Ha
Milton Ha Twórca niezależny.
14 obserwujących 270 notek 100945 odsłon
Milton Ha, 14 stycznia 2018 r.

Nadzieja umiera ostatnia. Odsłona pierwsza.

148 0 1 A A A

Nadzieja umiera ostatnia. Odsłona pierwsza.


             Był rok 1976. Wszedłem do ulubionej księgarni. Panie już mnie znały. Wiedziały, że jestem „jakiś dziwny” i wszystkie pieniądze jakie mam, przeznaczam na książki. Już po chwili wychodziłem dzierżąc w ręku nowy nabytek. Pierwsze wydanie, z 1973 roku, jakoś mnie ominęło. Dopiero drugie wpadło w moje ręce. Stanąłem sobie przed księgarnia, oparty o balustradę i na chybił trafił otworzyłem książkę.

„Był rok 2013. W Azji ślimaczyła się kolejna wojna. W śniegach Alaski dogorywał desant chiński…”

O tak, tak bym chciał pisać – rozmarzyłem się, kiedy przeczytałem te słowa. Autorem felietonów z nowego zbioru zatytułowanego „Puste miejsce”, a ukrywającego się pod pseudonimem Hamilton, był przecież nie kto inny, jak sam Jan Zbigniew Słojewski – polski krytyk literacki, felietonista. Od jakiegoś czasu czytywałem jego felietony również w „Polityce”.

Postanowiłem spróbować swoich sił. Zacząłem od poezji. Coś tam nieudolnie naskrobałem i zadowolony ze swojej genialności posłałem do dwóch redakcji. Odzewu nie było żadnego. Kolejne próby, kolejne listy i znowu klapa. Szybko jednak straciłem całkowicie nadzieję, że się do czegokolwiek, a już najbardziej do pisania poezji nadaję i dałem sobie spokój z poezją oraz moimi zapędami ku sławie.

Nadzieja umarła w sposób naturalny, choć jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Potem byłem trochę zajęty. Jak wszyscy lub prawie wszyscy. Żona, dzieci, praca. Służba wojskowa, bezsensownie stracony rok z życia. I kiedy już zaczynałem tracić nadzieję, że kiedykolwiek wrócę do tego, co mi sprawiało największą radość, przyjemność i satysfakcję, a co jeszcze nigdy nie dało mi sukcesu, oto nagle los się odwrócił. Nie za darmo. Po latach intensywnej pracy zawodowej w moim skołatanym organizmie wyczerpały się baterie, czy jak kto woli, zdrowie. Do cna.

„Jest pan całkowicie niezdolny do pracy” – brzmiał wyrok wydany dziesięć lat temu i aktualny do dzisiaj. Mogłem więc ruszać w drogę na ścieżki swojej kariery. Ruszać śmiało. Na wózku inwalidzkim. Bez jakiejkolwiek nadziei na wyleczenie i zmianę tego stanu rzeczy.

Nadzieja umarła w sposób naturalny, choć jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Stanąłem przed koniecznością całkowitego przewartościowania swojego życia oraz, co było tego konsekwencja, życia całej mojej rodziny. A może by tak wrócić do pisania?– pomyślałem patrząc na kilkadziesiąt stron mojej biografii, która zacząłem pisać jakiś czas temu.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem, po czym wysłałem tekst do „Gazety Wyborczej” na konkurs „Moje 20 lat”. Był rok 2009. Minęło sporo czasu i kiedy już zaczynałem tracić nadzieję, że kolejny raz nic z tego nie będzie zadzwonił telefon.  Miła kobieta, ciepłym głosem poinformowała mnie, że tekst jest ciekawy, że nadaje się i tak dalej, ale jest za długi. Miałem skrócić, żeby weszło. No tak – pomyślałem – odezwała się moja przypadłość. Jednak, po dwudziestokrotnym zmniejszeniu objętości, weszło i wygrało. Z pierwsza nagrodą i całkiem niezłą nagrodą pieniężną. Poczułem się jakbym Pana Boga za nogi chwycił.

No! – pomyślałem sobie – Teraz pójdzie jak z płatka. Jednak nie poszło. Tym razem jednak był to sygnał do pracy. Nie do użalania się nad sobą czy poddawania się. Choć zdrowie nie polepszyło się ani o jotę, choć nawaliło się nam na głowę wiele innych poważnych kłopotów, nie wolno było się poddawać.

Nadzieja na szybki sukces umarła, jednak, jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Kolejne lata i moje uparte, a czasem też konsekwentne dążenie do tego by pisać, żeby się w tym pisaniu poprawiać i dokształcać, żeby się tym moim pisaniem dzielić z innymi, musiało przynieść owoce. Pojawiły się sukcesy i uznanie. W końcu pojawiła się we mnie pewność, że to co robię, robię na tyle dobrze, że warto tym się zajmować na poważnie. Dwie powieści, kilkaset felietonów, ponad pół tysiąca wierszy, opowiadania, piosenki, jeden duży poemat historyczny. To wszystko nie wzięło się znikąd. Wyłącznie z pracy, której podstawą była nadzieja. I tylko pewnie Jan Zbigniew Słojewski (ps. Hamilton), który odszedł na wieczną wartę felietonisty Pana Boga w dniu 9 sierpnia 2017 roku, utracił już całkiem nadzieję, że kiedykolwiek napiszę krótki felieton.

No cóż mistrzu suspensu i formy, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Nie od rzeczy przyjąłem na początku imię Miltona Ha (dawniej MiltonaHa),  jako swój pseudonim literacki, czyli anagram od twojego Hamiltona. Pozwól jednak, że na zakończenie tego długiego wywodu z życia wziętego, zacytuję fragment jednego z Twoich kultowych felietonów o delegacie Pana Boga na Polskę:

„ - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, poproszę miasto.

 Do kogo chciał dzwonić, z kim rozmawiać?”

… i zapytam przewrotnie. A komórek to Wy tam na górze, nie macie? Bo jeśli macie, to chętnie poczekam na Twój telefon ze wskazówkami jak pisać krótki felieton, Hamiltonie.

Mam nadzieję, że się w końcu doczekam, bo to jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

 

Bydgoszcz, 14 stycznia 2018 r.,

Opublikowano: 14.01.2018 11:14. Ostatnia aktualizacja: 14.01.2018 11:16.
Autor: Milton Ha
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Jestem jaki jestem.
Opisuję nasz kRAJ, bo nasz kRAJ to taki k.. RAJ, że aż trudno wytrzymać.
Jestem również autorem. Felietonistą na równi z poetą. Pisarzem także, choć znacznie rzadziej.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • W dużej mierze się z Panem zgadzam. Jestem łodzianinem z urodzenia, ale mieszkam w Bydgoszczy...
  • Wiedziałem... Tylko mnie tam już nie ma.
  • Coś tam jeszcze skrobnę. Obiecuję. O ile zdążę... Pozdrawiam.

Tematy w dziale Rozmaitości