5 obserwujących
149 notek
66k odsłon
  3334   7

Obrazki okołowojenne

Niemieckie miasto Münster postanowiło pomóc ofiarom rosyjskiej agresji na Ukrainę. Zarząd Miasta powołał specjalny sztab kryzysowy. Sztab obradował długo, poważnie i dokładnie omawiając wszelkie możliwości niesienia pomocy. Efektem były hojnie załadowane ciężarówki z bardzo potrzebnymi na Ukrainie towarami. Bez zbędnej zwłoki konwój ruszył prosto do ….. Lublina. Jako że Lublin jest miastem partnerskim Münster, sztab uznał, że najlepiej pomogą Ukrainie w Lublinie. Czy wiedzieli, gdzie leży Lublin, nie wiem.

Chyba jednak wiedzieli, bo burmistrz wyjaśnił, że wysłanie pomocy bezpośrednio na Ukrainę jest niemożliwe, jako że Münster jest miastem pokoju. To w tym mieście podpisano Pokój Westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią. Dlatego, zdaniem burmistrza, nie można z Münster wysyłać czegokolwiek w rejon wojenny. Słowem: Münster pomaga ofiarom wojny wszędzie, tylko nie tam, gdzie wojna rzeczywiście się toczy.


Siostry Natasza i Alona mieszkały w podkijowskiej miejscowości, prawie przy samym lotnisku. Bomby spadły tam już pierwszego dnia. Natychmiast zabrały do samochodów trójkę dzieci i matkę. Mężowie oczywiście zostali. Droga zapchana, 120 kilometrów do Żytomierza jechały siedem godzin. Potem do Mołdawii. Tam postój spowodowany chorobą synka. Później do Bukaresztu, gdzie miały mieć schronienie u znajomych. Za późno, miejsca zajęte. Dzwonią na Ukrainę, co robić. Ojciec radzi im, by pojechały do Polski, będzie im łatwiej. Dojechały przez Węgry i Słowację, a przez łańcuch znajomych znalazły się u mnie. Gdy podjechały, nie potrafiły zaparkować. Pomógł syn. Natasza tłumaczy, że nie potrafi prowadzić. Autem jeździ jej mąż, a nie ona. I bez tego doświadczenia przejechała 1.300 kilometrów. Słaba kobieta. Gdy chcemy pomóc wnieść bagaże, słyszymy „nie trzeba”. Wyjmują dwie małe torby. Tylko tyle zdążyły zapakować.

Gdy weszły do mieszkania, pierwsze słowa to „Tu jest ciepło”. Pytają ile to będzie kosztować i czy mogą mieszkać tu tydzień lub dwa? Zdziwiły się, że nie muszą płacić, a mieszkać mogą tak długo, jak będzie to potrzebne. One niczego się nie spodziewały i za wszystko dziękują. Tak często, że staje się to krępujące. Żegnam się, zabieram walizkę i przenoszę się do synostwa. Mają duże mieszkanie, więc damy radę. Po kilku dniach synowa przyprowadza matkę z dwójką dzieci. Robi się ciaśniej, ale weselej.


Przynoszę „moim” Ukrainkom broszury z informacjami, co im w Polsce przysługuje. To nie dla nas – odpowiadają – my tu tylko na chwilę i wracamy na Ukrainę, jak tylko się da.

Natasza pokazuje zdjęcie samochodu po uderzeniu rakiety. Wygląda jak po pożarze: rozbite szyby, spalone siedzenia, przebite opony. Po ataku rakietowym, ich znajome zapakowały dzieci i pojechały tym samochodem siedemdziesiąt kilometrów w warunkach ukraińskiej zimy. To zrobić mogły tylko kobiety. Żaden mężczyzna nie wsiadłby do takiego samochodu, bo wie, że nie da się nim jechać. Kobiety nie wiedziały i pojechały.


Do Düsseldorfu dotarła grupa uchodźców z Charkowa. Charków jest miastem rosyjskojęzycznym, o jednym z największym na Ukrainie odsetku ludności mówiącej tym językiem. Niemieckim urzędnikom w załatwianiu formalności pomaga wolontaryjnie Irina – Rosjanka znająca również ukraiński. Ta druga okoliczność okazała się szczęśliwa dla wszystkich zainteresowanych. Nikt z tej rosyjskojęzycznej grupy nie chciał mówić w swym ojczystym języku. Obowiązywał wyłącznie ukraiński.

Pewny i namacalny dowód wygłaszanych wcześniej opinii, że Putin w ciągu zaledwie kilku dni dokonał skutecznej derusyfikacji Ukrainy. Skuteczniej niż cała armia ukraińskich działaczy narodowych. Prawdziwy kulturowy Blitzkrieg.


W punkcie recepcyjnym w Katowicach pomaga wolontariuszka Katrina. Mówi po rosyjsku, więc jest to pomoc bardzo cenna. A jej polski taki ze wschodnim akcentem. Pani jest Ukrainką? – pytam. Nie – odpowiada i trochę nieśmiało przyznaje, że Rosjanką. Szybko też dodaje, że w jej żyła płynie dużo ormiańskiej krwi.


Valentin pochodzi z Kijowa, mieszka w Niemczech. Prowadzi transport z Münster do granicy w Korczowej. Trzy autobusy wypełnione najbardziej potrzebnymi rzeczami dla uchodźców. Z powrotem zamierzają zabrać Ukrainki z dziećmi. Z całej ekipy tylko on mówi po rosyjsku i ukraińsku a jedyny ich kontakt w Polsce to ja. Dowiaduję się od Straży Granicznej, że na granicę nie ma co jechać. Uchodźcy znajdują się w punkcie recepcyjnym w Młynach. Nie mogę znaleźć informacji, gdzie przekazać przywiezione dary. W końcu dzwonię do Adama, który współpracuje z Ukraińcami na Śląsku. W Katowicach do autobusów wsiadają wolontariusze i dzięki ich pomocy szybko i sprawnie autobusy zostają rozładowane. W drugą stronę jest gorzej. Autobusy stoją dwa dni i odjeżdżają w połowie puste. Trudno o chętne. Ukrainki, w swej większości, chcą zostać w Polsce, możliwie blisko granicy, by móc jak najszybciej wrócić do tego, co zostało z ich domów, do swoich mężczyzn lub ich grobów.

Lubię to! Skomentuj57 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka