101 obserwujących
1448 notek
1102k odsłony
  200   2

Dzień i Noc...

Kiedy przychodzi noc, zamykam oczy. Nie od razu i nie natychmiast. Czasem, na przekór porze i dobremu wychowaniu, podrywam się. Wstaję. Podchodzę do okna i patrzę. Życie. Jest wielkim oglądaniem. Też zmaganiem. Liczymy w nim bilanse. Planujemy ścieżki. Szukamy wytchnienia i dobrej zabawy. Taka gra, o przyjemność, satysfakcję, ratowanie ojczyzny, przeżywanie ekstazy, w dowolny sposób. Bywa... za wszelką cenę.

Nie rozumiem młodego pokolenia. Inaczej. Rozumiem je. Więc jak to właściwie jest? Właściwie, to się z nim nie zgadzam. Nie zgadzam się z tym kształtem, który się wyłania z zapatrzonych w ekrany i w siebie, pochylonych nad telefonem, trzymanym w ręku, zanurzonych w dźwiękach, emitowanych wprost do mózgu, przez najwyższej klasy, wytłumiające wszelki szum słuchawki.

Szum. Szum jest zły. Szum to świat, którego nie chcemy. To ludzie, których nie chcemy. To zdarzenia, obrazy, rzeczywistość, której nie chcemy, bo liczymy się tylko my. Tak myślą. Tak ja myślę, że oni myślą. Pokolenie izolacji smartfonowej, gdzie siedząc obok siebie, każda twarz wpadnięta w ten upiorny plastik. Obok... żadne obok. Naprzeciw. Naprzeciw siebie, ale nie naprzeciw siebie. Jakaś obrzydliwa tafla się wsunęła między ludzi, szczególnie młodych. Czy ja jestem stary? Nie wiem. Nie sądzę. Nie przypuszczam, bronię się. Nie. Lekceważę. Bo starość to jest wtedy, jak przechodzimy koło kamienia. Niewielkiego. Leży na skraju drogi. Obok trawa, niska zielona. I zamiast go kopnąć, idziemy dalej.

I nie zgadzam się z tym czasem. Tak pełnym krzyku, wrzasku, utyskiwania. Zarzutów wszelakich wszystkich przeciw wszystkim. I tej totalnej ignorancji, która stała się orężem tych, co niby ludźmi, a teraz - uzbrojeni, pełni napędu, co otwiera ich usta, dłonie, rzeczywistość - zasuwają, żeby dopierdolić. Tak do końca, tak by poczuł lub poczuła. Tu nie ma zmiłuj. Wycie polityków, wrzask tytułów prasowych i internetowych, i ta obleśność, która wdarła się na pierwsze strony. A wcześniej, gdzieś wsączyła się do środka, do głów, do serc, do ludzkich wnętrzności targanych głodem, który ciągle jest stymulowany, bardziej i bardziej. To nic. Tabletki już są. W aptece, w produkcji. Pi ar, odpowiednio wszystko ukształtuje. Piękne twarze. Smukłe sylwetki. I znów wyłażąca gdzieś z butów obleśność. Jakby ten pierdolony głód, którego zaspokojeniem jest tylko wieczne pochłanianie, nie mógł się obleśności pozbyć. Jakby ten portret Clintona z haciendy handlarza pastylkami zaspokajającymi głód najostrzejszy, po prostu musiał tam być. Pozornie w ukryciu. Naprawdę... Kogo dzisiaj interesuje prawda?

Potem przychodzi wieczór. Jest nieubłagany. Jeszcze rozmowa ze słońcem, oczywiście bez słów. Jeszcze pare zdań, wypowiadanych mrugnięciami, mrużeniem, próba zachowania, gdzieś, tego koloru, co nie ma nazwy. A nie ma jej zupełnie, bo w takich chwilach nie ma słów. Może to ostatnie chwile wolności, w obozie koncentracyjnym Ziemia, jaki sami sobie być może budujemy. Każdym lenistwem. Każdą głupią agresją. Każdą zgodą na głód. Ten sam. Wieczny. Wiecznie obiecujący, że... będziecie jak Bóg. No trochę tak. Tylko owo "trochę", czyni diabelną różnice.

W drodze do domu mijałem ludzi. Nie patrzyliśmy na siebie, ani sobie w oczy. To byłoby głupie. My patrzymy w oczy ekranu. Sterowanego algorytmami głodnych ludzi. Którzy przecież też chcą pochłaniać. Co? Nas. Więc kim był, ten przechodzień? Jeden był młody. Luźne spodnie. Brązowa koszulka. Trochę maczo. Drugi stary, spocony, długa broda i łysina przypalona słońcem. Jeszcze dwie kobiety, w nieokreślonym wieku. Te chyba najbardziej unikały wzroku. W domu. W domu jak to w domu. Granice trzeba zachować. Więc gdy wstałem w nocy, patrząc w jarzącą się dalekimi światłami ciemność, to się zastanawiałem, co po nas zostaje. Bo kiedyś noc, zamknie się całkiem. Dla tylu już się zamknęła. W końcu, żyjemy w świecie zostawionym nam przez bohaterów i kanalie. Przez tych, co mówili prawdę, i tych co mówili, że mówią prawdę, a za ich słowami stało kłamstwo, znów najczęściej pędzone ku ludziom przez głód.

I pewnie nasze czyny i słowa. Goryczy i radość naszego życia też jakoś wplotą się i zostaną w jakimś elemencie w tej rzeczywistości, jak zostają w niej miliony powtórzeń gestu skulenia nad komórką, która właśnie konsumuje świadomość jej użytkownika, ku uciesze zboczonych z chciwości władzy i posiadania, anonimowych - najbardziej głodnych.

Więc czy potrafimy się dogadać? Może nie aż tak. Czy potrafimy w ogóle rozmawiać? My i oni. Ty i ja? Co to znaczy być ludźmi?

Czy dzielimy, to było dawniej, te same marzenia? Czy czujemy choć podobnie? Czy siebie - widzimy?! Czy jesteśmy, kompatybilni, jak koła zębate, które zbliżone do siebie, nie ranią się nawzajem, tylko zazębiają? Z tego, z tego zazębiania wychodzi współpraca, mechanizm, w końcu, jakaś drukarka, winda, samochód. Ta winda - była kiedyś taka piosenka - do nieba. Rzecz jasna piosenkarce nie chodziło o windę, ale bardzo dobrze. Bo jakby właśnie nią się miała udać, tam gdzie chciała, to jeszcze jakaś krzywda, a tak... tylko niebo, albo to co za niebo uchodzi, na chwilę.

Czy jesteśmy jeszcze dla siebie, ty i ja? Nie w jakiś romantyczny czy heroiczny sposób, ale taki zwykło-ludzki? W takim elementarnym zakresie empatii, który nam został, de facto po Nauczycielu z Nazaretu, jakkolwiek byśmy się od Niego nie odżegnywali. Bo to nie religia, tylko człowieczeństwo się w empatii wyraża. W zdolności jakiejś naturalnej, dostrzegania drugiego człowieka i bycia samemu dostrzeganym. Pierdolony mastodont medialny tę empatię w ludziach zabija. Trenuje ich wyrafinowanymi narzędziami psycho-precepcyjno-informacyjnymi. Jak małpy klikają dalej i dalej. W ekran i w siebie. Wpatrują się w liczę polubień i wyświetleń. Zaczynają żyć nie w oczach ludzi dookoła, nie w tym, co robią, nie w oczach Boga, tylko w oczach zdegenerowanego systemu, zaprojektowanego tak, by ich ogłupić i zniewolić. Nie wszystkich? Jasne, że nie. Wystarczającą większość, przecież jest demokracja.

Noc nie chce zrzednąć, więc zamykam oczy. Nic już nie myślę. To gdzieś zostało - tam. Ciemność... nie wydaje się być - o dziwo - zagrożeniem. Kupuję - we śnie - lody śmietankowe. Idę na plażę w La Isla, siadam na ławce. Dzieci, ludzie, wiadomo, wakacje i ocean. Potem nawet nie śnię. Po prostu jestem. Jak każdy inny człowiek, bo sny o wyjątkowości mają głównie ci głodni, zwichrowani, przetrąceni. Jutro będę z ludźmi. Ekspedientka się uśmiechnie do znajomego starego człowieka, a ten zacznie znów promienieć, bo dawno do niego, nikt się tak nie uśmiechał. Nie, nie do mnie. Ja bym się zarumienił. Zagadam do sąsiada. Ostatnio strzelał po lesie. Potem, jak każdy inny, będę się starał żyć. Dla siebie. Dla innych. Dla... sam nie potrafię dokładnie wyrazić, czego. Wiele razy to spotykam, ale ująć w słowa wciąż nie umiem. To jest, kiedy dziecko podskakuje do góry na twój widok, kiedy oczy drugiej osoby po prostu się rozjaśniają, kiedy robota dobrze idzie, bo ci co ją robią, każdy z osobna, traktuje ją jak należy, to znaczy nie jako towar, który trzeba sprzedać jak najdrożej i jak najmniej w niego włożyć, tylko jak wiersz, albo stół, albo krzesło. Robi się, żeby było dobrze, w tym też wyraża się człowieczeństwo i myślę, że to też się chwieje i rozmywa pod naciskiem opętanych chciwością systemów i prądów (anty)społecznych.

Na szczęście, czy to jest na szczęście?, świadomość gaśnie. Jutro? Jutro znów będzie. Dla ciebie, dla innych. Może nawet dla mnie. Mamy w nim dużo do zrobienia, niezwykle ważnych rzeczy, z których ta może najważniejsza, a najmniej zauważana, to po prostu - być człowiekiem. Więc, teraz, gdy oczy już zamknięte i sny nawet nieobecne, kto jest? Kim jest?



Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura