"Podział jest tak głęboki, że nawet obrona granic nie wszystkich jednoczy"

Fot. PAP/Darek Delmanowicz
Fot. PAP/Darek Delmanowicz
Listu ws. sytuacji na granicy nie chciała podpisać część kolegów, gdy znalazła się tam wzmianka o tym, że trzeba stanąć po stronie polskiej władzy, niezależnie od ocen jej działań w innych tematach – mówi Przemysław Miśkiewicz, działacz antykomunistycznej opozycji w PRL, Niezależnego Zrzeszenia Studentów, lider stowarzyszenia Pokolenie.

Od lat działa Pan w organizacji, która zajmuje się również prawami człowieka na Białorusi, Ukrainie. Rok temu zajmowaliście stanowisko po wyborach sfałszowanych przez reżim Łukaszenki. Jak z tej perspektywy ocenia Pan kryzys, który ma miejsce na naszej wschodniej granicy?

Przemysław Miśkiewicz: Nie będę oryginalny: mamy do czynienia z akcją, zaplanowaną od początku do końca przez Wladimira Putina i Kreml, a realizowaną przez Aleksandra Łukaszenkę i jego reżim. Celem jest osłabienie i destabilizacja sytuacji w Unii Europejskiej, przede wszystkim w Polsce.

Niedawno, w gronie byłych działaczy opozycji w PRL - w latach 80-ych ludzi młodych, dwudziestokilkuletnich - próbowaliśmy rozpropagować list w sprawie tego, co dzieje się na granicy. Starałem się, by list miał jak najbardziej „ekumeniczny” charakter, czyli do zaakceptowania przez ludzi zarówno dziś wspierających obecny rząd, jak i tych, którzy są zdecydowanie po przeciwnej stronie. 

Niestety – o ile rok temu, w czasie protestów w Mińsku, udało się takie wspólne stanowisko wypracować, to teraz część kolegów nie chciała go podpisać. Rozbiło się wszystko o słowa o tym, ze niezależnie od oceny obecnych władz, w sprawie granicy na wschodzie trzeba stanąć po ich stronie. To pokazuje także jak głęboki jest spor polityczny w Polsce, tymczasem stajemy naprzeciwko zagrożenia naprawdę ogromnego. Pamiętamy, że na początku XXI wieku pojawił się problem zagrożenia terroryzmem islamskim. Teraz mamy inny, hybrydowy rodzaj zagrożenia. Choć i islamscy terroryści mogą się znaleźć wśród migrantów.

Przeczytaj też:

NBP upamiętnia Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego banknotem kolekcjonerskim i złotą monetą

Mówi Pan o zorganizowanej akcji Łukaszenki, ale migracje uchodźców z terenów wojennych są rzeczą częstą. I w 2015 roku mieliśmy do czynienia z podobnymi obrazkami, ale na południu Europy?

Obrazy są podobne, ale jednak sytuacja zupełnie inna! Wtedy faktycznie mieliśmy do czynienia z falą uchodźców z terenu ogarniętego wojną. Dziś na granicy są uchodźcy bądź migranci, ale ściągani cynicznie przez wschodniego dyktatora i przerzucani przez granice. Jeśli Polska ustąpi, to pojawi się ich znacznie więcej. Widać już, ze nawet opozycja, która na początku kryzysu wyprawiała swoje harce na granicy, teraz jednak zaczyna dostrzegać zagrożenie.

No tak, ale zagrożenia nikt chyba nie lekceważy, natomiast mamy do czynienia jednak z tragedia konkretnych osób. Kobiet, dzieci. Czy nie należy im jednak spróbować jakoś pomoc?

Pomóc tak. Ale ta pomoc nie może polegać na naiwnym wpuszczeniu wszystkich! Czy dzieje się tam ludzka tragedia? Oczywiście, że tak. Jednak nie możemy naiwnie otworzyć granice i wpuścić wszystkich. Owszem, są tam również kobiety z dziećmi, ale też stosunkowo niewiele. Ich tragedia będzie przez reżim Łukaszenki wykorzystywana. Jeśli dziecko płacze, jest mu zimno, jest to celowo pokazywane. Jeśli nie daj Boże zachoruje, bądź umrze, to reżim jeszcze bardziej to nagłośni.

Wielu z tych ludzi to uchodźcy ekonomiczni, młodzi mężczyźni, którzy często wydali na te podróż duże pieniądze, wiec nie są to też ludzie ubodzy. Ci zazwyczaj zostali u siebie w kraju. A pomoc oczywiście powinna do tych uchodźców trafić, nie może ona polegać na naiwnym otwarciu granic i wpuszczaniu wszystkich jak leci.

Marsz Niepodległości. Kto zionął nienawiścią

Niemcy pokazali swój stosunek do wydarzeń na granicy. "To nie jest problem"

Szokujące relacje z Kuźnicy. Białoruscy pogranicznicy wrzucili kobiety i dzieci pod druty


Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka