Dyplomacja w obliczu wojny. Były ambasador: Czeka gra nerwów, widać szaleństwo Putina

W Krakowie i innychmiastach Polski demonstrowano solidarność z Ukrainą Fot. PAP/Łukasz Gągulski
W Krakowie i innychmiastach Polski demonstrowano solidarność z Ukrainą Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Dziś mamy atak rakietowy, bombowy, ataki punktowe. Niebawem przejdzie on w ataki pancerne, głównie na zgromadzenia wojsk. Z dużą liczbą ofiar. I tu rolą zachodniej dyplomacji jest to, by do tego nie dopuścić. Czeka nas gra nerwów. Będzie oczekiwanie na to, kto pierwszy mrugnie, kto się cofnie. Co do samego finału jestem ostrożnym optymistą, jednak najbliższe dni będą bardzo trudne – mówi Salonowi 24 Jacek Kluczkowski, dyplomata, były ambasador RP na Ukrainie, w Kazachstanie i Kirgistanie.

Stało się najgorsze, czego się obawialiśmy. Rosja rozpoczęła pełną inwazję na Ukrainę. W obliczu konfliktu mówi się o dyplomacji wojennej. Na czym ona polega i czy w ogóle jest jeszcze pole dla działań dyplomatycznych?

Jacek Kluczkowski: W sytuacji, gdy konflikt jest zidentyfikowany jako nieunikniony, bądź już trwa, szuka się pośredników. Ale tu, zanim się tych pośredników znajdzie, należy określić cele agresora. Oczywiście te długofalowe są jasne – to likwidacja niepodległej i demokratycznej Ukrainy. Ale są też cele krótkoterminowe. Putin dał się już poznać jako ten, który prowadzi politykę małych kroków, planuje je. Dlatego warto ustalić, o co mu chodzi. Co chce osiągnąć dziś, jutro pojutrze. I tu jest pole do działań dyplomatycznych.

Przeczytaj też:

Agresja Rosji na Ukrainę [Relacja]

Wojna na Ukrainie. Polskie wojsko w pełnej gotowości

Jakie działania powinien podjąć świat zachodni?

Przede wszystkim Zachód musi wykonać to, co zapowiedział. Te sankcje i to dotkliwe muszą być wprowadzone. Także po to, by oczyścić przedpole dla kolejnych rozmów. Jednym z celów Putina jest sterroryzowanie Ukrainy i zastraszenie całego Zachodu. A skoro tak, należy zdecydowanie odpowiedzieć.

Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie?

Nie chciałbym być prorokiem, ale dziś mamy atak rakietowy, bombowy, ataki punktowe. Niebawem przejdzie on w ataki pancerne, głównie na zgromadzenia wojsk. Z dużą liczbą ofiar. I tu rolą zachodniej dyplomacji jest to, by do tego nie dopuścić. Trzeba ustalić o co Putinowi chodzi, bo przecież obecny atak nie doprowadzi do tego, że Ukraina padnie. Na dzisiaj więc nie wiadomo czemu Putin zdecydował się na taki krok.

Działania Putina są nieracjonalne z punktu widzenia interesu Rosji. Jednak nie ma pewności, że akurat interes własnego państwa ma na względzie prezydent Rosji. Może jego z pozoru szalone działania służą temu, by zdestabilizować sytuację w Europie, a docelowo zyska ktoś inny, na przykład aspirujące do roli światowego hegemona Chiny?

Myślę jednak, że jest tu pewna obsesja psychiczna, która ma duże znaczenie. Dotyczy przede wszystkim samego Putina. Widać było, że nawet jego najbliżsi współpracownicy są przerażeni jego determinacją. Obsesyjnym dążeniem do zniszczenia, a na razie zastraszenia Ukrainy. Oczywiście, że Chińczycy zyskują na działaniach Putina, ale nie są jakoś specjalnie w nie zaangażowani. Nie powiem, że są neutralni, bo popierają żądania dotyczące nierozszerzania NATO. Ale też podkreślają, że szanują nienaruszalność granic. Więc sądzę, że mamy tu do czynienia raczej z obsesją nacjonalistów rosyjskich z Putinem na czele. On ma świadomość, że dobiega siedemdziesiątki. Że zbliża się do końca swojej drogi politycznej. A sam stwierdził w jednym z wywiadów, że chciałby, by przed końcem aktywności politycznej dokończyć „dzieło”, czyli odbudowę imperium. Odwrócić wszystkie skutki pieriestrojki i rozpadu Związku Radzieckiego.

Ostra reakcja jest potrzebna, jednak w Europie istniało do niedawna silne lobby prorosyjskie. Czy widzi Pan szansę na zmianę stanowiska, czy raczej dalej europejska klasa polityczna wykazywać się będzie naiwnością?

Wydaje mi się, że istniała grupa gotowa doprowadzić do Mińska 3. Czyli doprowadzenie do porozumienia i ustępstw. Ale to zakładało, że Putin działa racjonalnie. Z informacji zarówno z otoczenia prezydenta Macrona jak i kanclerza Scholza wynika jednak, że ich rosyjski rozmówca wyraźnie „odleciał”. Że nie mamy do czynienia z działaniem racjonalnym. A co za tym idzie nie ma dziś pola dla jakiegokolwiek kompromisu. Z drugiej strony z Rosją trzeba będzie jakoś żyć. Pamiętajmy, że dostarcza ona ogromną ilość surowców do Europy. I, że Putin był w stanie przeboleć nawet utratę wielu miliardów w wyniku wstrzymania uruchomienia Nord Strem 2. Więc jest też gotów na to, by ewentualnie ponosząc koszty wstrzymać dostawy gazu do Europy. Czekamy, jaka będzie reakcja Zachodu – Unii Europejskiej, NATO, G-7. Na pewno społeczność międzynarodowa będzie chciała pokazać, że Putin zderzył się ze ścianą. Ale on a to zderzenie jest przygotowany. Więc czeka nas zapewne gra nerwów. Będzie oczekiwanie na to, kto pierwszy mrugnie, kto się cofnie. Co do samego finału jestem ostrożnym optymistą, jednak najbliższe dni będą bardzo trudne. Szczególnie dla naszych ukraińskich sąsiadów. Rosjanie, którzy mają usta pełne frazesów o słowiańskim braterstwie, wspólnocie wiary prawosławnej, najechali ich, pokazali, że życie ich sąsiadów nie ma dla nich wartości.

Jak ocenia Pan rolę i działania Polski w trakcie trwania tego konfliktu?

Myślę, że Polska odgrywa tu dużą rolę. Nasze twarde stanowisko w sytuacji, gdy sami jesteśmy mocno uzależnieni od rosyjskich dostaw pokazuje, że można zdecydowanie sprzeciwić się rosyjskiej agresji. To wskazówka dla innych państw, Niemiec, czy Francji. Francja zresztą ma własne rachunki z Rosją – bo Rosjanie wchodzą w drogę interesom Paryża w dawnych koloniach francuskich w Afryce. Jeśli chodzi o Polskę ogromne wrażenie zrobiła wizyta prezydenta Andrzeja Dudy i prezydenta Litwy w Kijowie. Gdy wszyscy zachodni dyplomaci uciekali przed wojną, polski i litewski przywódca na Ukrainie się pojawili. To niezwykle istotny gest.

Przypomina inny, sprzed lat. W 2008 roku Rosja najechała na Gruzję. W Tbilisi, odbył się wice przywódców państw Europy Środkowo-Wschodniej. Inicjator wyjazdu, polski prezydent Lech Kaczyński powiedział wtedy znamienne słowa: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a potem kto wie, może przyjdzie pora i na mój kraj, Polskę”. Czy można powiedzieć, że słowa te się sprawdziły, faktycznie będziemy następni?

Myślę, że ta przepowiednia się sprawdza, choć nie tak dosłownie i nie szybko. Bo dziś celem dla Rosji jest dekompozycja Ukrainy. Ale cele kolejne są. Może nie dziś, nie jest to kwestia miesięcy, czy najbliższych lat. Jednak warto pamiętać, że w jednym z poprzednich przemówień Putin mówił o imperium rosyjskim. A pamiętajmy, że w 1914 roku, u progu wybuchu I wojny światowej Warszawa znajdowała się w granicach rosyjskiego imperium. I cele te muszą niepokoić. Pozostaje mieć nadzieję, że Zachód pozostanie wobec Rosji twardy. I że również następcy Putina zrozumieją, że budowanie siły państwa na odtwarzaniu imperium jest anachronizmem, kompletnie nie przystającym do obecnej rzeczywistości.

Przeczytaj też:

Polacy powinni udać się na baraż z Rosją? Kostyra: Rozwiązanie jedno. Pojechać i wygrać

Renata Gabryjelska: Dużo robiłam dla innych, mało dbałam o siebie

Czy istnieje wypalenie zawodowe wśród polityków?


Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka