Od kilku miesięcy rośnie napięcie w związku z tzw. aferą śmieciową we Wrocławiu. Chodzi przede wszystkim o wątpliwości dotyczące miliardowego przetargu, który ma wyłonić firmy odbierające śmieci. Przetarg ten póki co nie został rozstrzygnięty, a firmy wywożące odpady pracują „z wolnej ręki” – co oznacza znacznie wyższy koszt dla wrocławian. Przetarg pozostaje w gestii Ekosystemu.
Temat był szczegółowo opisywany przez wrocławską "Gazetę Wyborczą", piórem redaktora Marcina Rybaka. Wiadomo było też, że służby badają sprawę, bo doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa złożył radny miejski Piotr Uhle i jego mecenas Marek Zalewski (co ciekawe, wcześniej członek rady nadzorczej Ekosystemu).
Skala działań CBA była zaskoczeniem
Akcja służb wielkim zaskoczeniem więc nie była, ale jej skala już tak. Agenci w tym samym czasie weszli do Ekosystemu, ratusza, a także do prywatnych firm śmieciowych i osób powiązanych z nimi. Zabezpieczono dokumentacje (ponad 60 segregatorów z samego Ekosystemu), nośniki pamięci, komputery, a części osób zabrano też telefony. Ciekawą informacją jest to, że funkcjonariusze zabezpieczyli także protokoły z kolegiów prezydenckich – co może pozwalać przypuszczać, że sprawdzane jest, czy ktoś ważny z ratusza nie maczał w całej sprawie palców.
Co istotne, nikt nie został zatrzymany. Ale jak się dowiadujemy, do takiej sytuacji może dojść w najbliższym czasie. Śledztwo prowadzone jest na bardzo szeroką skalę, a służby – choćby wczoraj - pozyskały nowe, cenne informacje.
Afera śmieciowa zatacza szerokie kręgi
Nasi rozmówcy twierdzą, że afera Collegium Humanum – która wstrząsnęła całą Polską - to „pikuś” w porównaniu z aferą śmieciową. Na finalne rozstrzygnięcia na pewno poczekamy kilka lat, ale część zamieszanych w nią osób może ponieść konsekwencje znacznie wcześniej. Zwłaszcza te polityczne.
Fot. CBA
Marcin Torz





Komentarze
Pokaż komentarze (2)