(Współczesne polskie) „chrześcijaństwo nie jest, jak chciał tego jego założyciel, osobistą relacją z Bogiem, uznaniem Jego Ojcostwa, ale to plemienny znak tożsamości. Nauczanie Jezusa, życie Ewangelią, nawet osobista wiara w takim „totemicznym” rozumieniu chrześcijaństwa nie mają znaczenia, ponieważ liczy się to, by znaleźć coś, co będzie nas oddzielać od innych. Pewna część Kościoła hierarchicznego, bardziej od papieży słucha Donalda Trumpa, a częściej niż Ewangelię czyta media społecznościowe.” – to cytat z pana Tomasz Terlikowskiego, onegdaj jednego z katolickich jastrzębi-dziennikarzy, którego samo nazwisko w czytelnikach Gazety Wyborczej budziło skojarzenia z Rudolfem Hoessem lub hiszpańską inkwizycją. Odsądzany od czci i wiary przez przedstawicieli „kościoła otwartego” walczył dzielnie i umiejętnie broniąc Kościoła oraz pokazując zakłamanie oraz ciemnotę lewicy. Prawdziwy katolicki hunwejbin, budził u katolewicy niechęć nie tylko za poglądy, ale także za zdolności dziennikarskie i kompetencje.
A teraz takie ataki na Kościół i filipiki wobec biskupów, na które nie każda dama z piorunem w ręku by sobie pozwoliła! Najazdy na hierarchów w każdym artykule rzekłbym nawet niegrzeczne, a jeśli to pisze praktykujący katolik, nawet niesmaczne. Co by o biskupach nie myśleć, jakby nie odpowiadali naszym wyobrażeniom, to jednak to biskupi, którym Jezus powierza misję kierowania Kościołem, i nie są to tylko administratorzy wyznaczeni przez jakiś luterański konsystorz. Połajanki biskupów zupełnie nieproduktywne, bo choć robią wrażenie, że są do nich skierowane, to jednak są często na tyle obraźliwe, że trudno się spodziewać, żeby skłoniły ich do jakiejkolwiek przemiany. Terlikowski stał się dyżurnym krytykiem Kościoła, a szczególnie biskupów. Nie dziwota, że główne media wytrwale go drukują i oczywiście nie robią tego za darmo. Redaktor naczelny Frondy i Republiki stał się w ciągu kilku lat stałym komentatorem w mainstreamowych mediach, delikatnie mówiąc niechętnych i pełnych uprzedzeń wobec Kościoła i chrześcijaństwa. Przejście od Redakcji Katolickiej TVP i Frondy do Kultury Liberalnej to dosyć duży łuk zmian ideowych. Media katolickie i prawicowe konsekwentnie wymienił na rządowe i lewicowe (Wprost, RMF, TVN, Więź)
A więc co się stało z Panem Terlikowskim i gdzie się ta jego przemiana zakończy? Chrześcijańscy prawicowo-konserwatywni publicyści i działacze, którzy coraz mocniej wychodzili na powierzchnię życia społecznego po roku 2000 mieli dwa dogmaty dotyczące Kościoła. Pierwszy mówił, że chrześcijaństwo jest zagrożone i eliminowane przez trendy cywilizacyjno-kulturowe generowane przez światową lewicę. Drugie zagrożenie to dywersja w szeregach samego Kościoła: katolewica, która rozmiękcza doktrynę i chrześcijańską moralność stopniowo miksując je z posmodernistycznym, postępowym bełkotem. Terlikowski był jednym z tych krzyżowców, którzy nie zważając na przygniatającą przewagę wroga konsekwentnie i inteligentnie pokazywał jego ideologiczną głupotę i zakłamanie.
Gdzieś około roku 2020 w poglądach Terlikowskiego można zauważyć coraz szybszą zmianę. W 2021 na prośbę dominikanów został przewodniczącym komisji, która badała mało chwalebną działalność na niwie seksualnej Ojca Pawła Malińskiego, z którym na początku latach 90tych miałem okazję współpracować przy produkcji moich programów w Redakcji Katolickiej TVP. W tym czasie Pan Redaktor zaczął się zajmować kwestią nadużyć seksualnych w Kościele i przy okazji zaczął się konfrontować z nienajpiękniejszą stroną KK w Polsce w chwili obecnej, a konkretnie z brakiem entuzjazmu w kwestii rozwiązania tego dramatu w duchu ewangelicznego „tak-tak, nie-nie”. Pan Redaktor zderzył się szczególnie boleśnie z postawą niektórych hierarchów, podobną do tego, co można było wcześniej zauważyć przy okazji afery wokół księży i biskupów TW. Wygląda na to, że właśnie te kwestie spowodowały tak diametralną zmianę w myślach Redaktora Terlikowskiego. Książka „Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła” jest logicznym podsumowaniem tego procesu. Pan Terlikowski z całą swoją zajadłością ruszył na nową krucjatę, dokładnie odwrotna do tej pierwszej. Tak jak św. Paweł pod Damaszkiem zmienił kierunek swojej walki, tylko nasz redaktor chyba dokładnie na odwrót.
Z tą zmianą kierunku wiąże się według mnie znaczny spadek poziomu dziennikarstwa i refleksji intelektualnej omawianego autora. Najnowsza twórczość Redaktora pozbawiona jest tej finezji, jasności i przenikliwości co wcześniej. Czasami wręcz brak mu konsekwencji i intelektualnej solidności. Dajmy choć jeden przykład. W felietonie „Cała wstecz w sprawie pedofilii” (PlusMinus 39, Kronika przepowiadanej katastrofy – dosyć pesymistyczny tytuł jak na chrześcijańskiego publicystę i ciekaw bardzo jestem na czym ta katastrofa ma polegać?) Terlikowski otwarcie wyraża swoje niezadowolenie z linii postępowania Leona w sprawie pedofilii (to obok imigrantów jeden z dwóch ulubionych tematów naszego bohatera). Terlikowskiemu puściły nerwy, ponieważ papież (który jest prawnikiem) zwrócił uwagę, że w przypadku oskarżeń księży mają oni prawo na domniemanie niewinności - Leon wspomniał o fałszywych oskarżeniach i księżach, których życie zostało przez to zniszczone. Co gorsze nowy papież stwierdził, że cały Kościół nie może się skupić na pedofilii, ponieważ misja ewangelizacyjna to coś więcej, niż walka z pedofilią wśród duchowieństwa. Ja akurat zupełnie zgadzam się z papieżem, ponieważ rzeczywiście w Kościele na Zachodzie zaczęła się tworzyć pedophilyreligion tak jak już zresztą mocno zakorzeniła się refugeereligion, dialogreligion, ecoreligion, ekumenismreligion, judaismreligion i jeszcze kilka innych. Niektórzy duchowni chcą się zajmować tylko taką lub inną mainstreamową ideą, tak jakby to była pełna wykładnia chrześcijaństwa na dzień dzisiejszy. To objaw pewnej gorączki mózgu i emocji, fiksacji na jednym problemie, tak jakby tylko od jego rozwiązania zależała przyszłość Kościoła. Podobnie kiedy bp Oder w miejsce prymasa Polaka został mianowany szefem zespołu, który ma się zająć sprawą wykorzystania seksualnego przez duchownych osób małoletnich, to Terlikowski z góry przesądził, że zadaniem nowego szefa będzie ukręcenie głowy całej sprawie. Skąd to wie? Skąd wie, ze Leon daje sygnał „cała wstecz” w sprawie pedofilii?
Charakterystyczne jest jak Terlikowski reaguje, kiedy dominikanin o. Marcin Mogielski, który walczył z abp Dzięgą w sprawie księży pedofilów (księży w końcu wydalono ze stanu kapłańskiego, arcybiskup na wniosek Watykanu podał się do dymisji), nie tylko odszedł z zakonu i kapłaństwa, ale także przeszedł do luteranów: „Wierzę, że on tak, a nie inaczej odczytał wolę Bożą, i że nadal będzie służył ludziom skrzywdzonym. W innym miejscu, ale z taką samą gorliwością. Marcinie, dzielny wojowniku, wiem, że Ty nigdy się nie poddajesz”. Pięknie i ze współczuciem, ale czy w zgodzie z prawdą? Jak rozumieć odczytanie woli Bożej, żeby z KK pójść do heretyków? Rozumiem zrozumienie Redaktora, rozumiem załamanie Ojca Marcina, ale czy broniąc Prawdy jej nie zdradza? Czy Redaktor nie zwrócił uwagi, jak Ojciec Marcin swoją apostazją zranił wiele osób, które mu zaufały? Tak, rzeczywiście doświadczenie konfliktu z abp Dzięgą musiało być dla niego gorszące, ale czy on sam nie stał się przyczyną zgorszenia dla wielu maluczkich? Czy przejście z KK do luteranów jest po prostu przejściem z jednej organizacji walczącej z pedofilią, do drugiej bardziej efektywnej w tym działaniu? I czy Pan Redaktor zapomniał, że kościół luterański obok kościoła anglikańskiego jest współczesnym kościołem „rui i poróbstwa”? Pan Redaktor wyraża współczucie tym duchownym, którzy próbują naprawić zmurszałe fundamenty KK i są za to gnębieni przez kościelne władze uważając, że jest im ciężej niż świeckim, ponieważ tacy duchowni są „wręcz zmieleni przez tę instytucję”, w której strukturach tkwią. Jaką instytucję Redaktor ma na myśli? Otóż „tą instytucją” jest według niego Kościół Katolicki. I tutaj przyszło mi do głowy, że Redaktor współczuje właśnie mi, bratu Damianowi. Otóż tkwiąc od 38 lat w strukturach „tej instytucji” doświadczyłem ogromnej ilości obłudy, zakłamania, chamstwa, rozwiązłości, intryg, karieryzmu, lenistwa, obojętności, wynaturzeń, egoizmu, cwaniactwa, nieuctwa, niesprawiedliwości, sobiepaństwa itp. Dlaczego jednak nie przeszedłem do Świadków Jehowych, albo przynajmniej do Adwentystów Siódmego Dnia? Był taki człowiek, którego własna „hierarchia kościelna” oczerniała, szczuła na niego, prześladowała, a w końcu zlikwidowała mordem sądowym. Był nim Jezus z Nazaretu. Ciekawe, że mając tak negatywne doświadczenia z „tą instytucją” nie przeszedł do „kościoła” samarytan lub nie został wyznawcą mazdaizmu. Zaraz za Jezusem przychodzi mi do głowy wiele innych osób. Joanna d’Arc, która płonąc na stosie nie wyrzekła się „tej instytucji”. Albo coś bardziej soft: założyciel mojego zakonu, Ignacy z Loyoli, który na co dzień spotykał się z wiele gorszymi hierarchami niż abp Dzięga, a mimo tego wytrwale pracował na reformą KK, zarazem w swoich Ćwiczeniach Duchowych (Reguły o trzymaniu z Kościołem) tak pisał: „Powinniśmy być gotowi do uznania i pochwalania zarówno dekretów i poleceń, jak i obyczajów naszych przełożonych. Chociaż bowiem czasami nie są one godne pochwały, to jednak występowanie przeciw nim czy to podczas publicznych przemówień, czy to w rozmowach z ludźmi prostymi zrodziłoby raczej szemranie i zgorszenie wśród ludzi - i to zarówno przeciw przełożonym świeckim jak duchownym. Toteż jak z jednej strony jest rzeczą szkodliwą mówić źle do ludzi pod nieobecność przełożonych, tak może być rzeczą pożyteczną, jeżeli się rozmawia o złych obyczajach z tymi, którzy mogą temu zaradzić.”
I tak sprawa jest prosta: Pan Terlikowski zgorszył się Kościołem, a właściwie ludźmi Kościoła. Stary facet, co ma żonę i dzieci obraził się na „tę instytucję”. No cóż zdarza się. I nawet nie wiem czy to ganić, czy współczuć? Nasz bohater zauważa, że „choć bardzo powoli, jednak wiele się w Kościele, nawet w kwestii mentalności, zmienia. Głęboko wierzę, że ten proces będzie trwał, kolejne kroki będą stawiane, i że zostają wewnątrz tej instytucji można się choć trochę do tego przyłożyć.” Czyli Terlikowski mianował się na reformatora „tej instytucji”. Nie pierwszy i nie ostatni. Pozwolę sobie zacytować tutaj Matkę Teresę, która na pytanie pewnego z dziennikarzy, co należy zmienić w Kościele, odpowiedziała: „Pana i mnie.”
Ale dlaczego taki proces miał miejsce u naszego bohatera? Spróbujmy szukać analogii w historii. Hugues-Félicité-Robert de Lamennais urodził się w Francji w 1782 w arystokratycznej, wiernej Kościołowi rodzinie. W młodości zachłysnął się Kartezjuszem i Rousseau, ale z czasem był coraz bardziej sceptyczny wobec rewolucyjnych trendów. Stopniowo zbliżał się do Kościoła Katolickiego i był coraz bardziej krytyczny wobec lewicowej despotii Napoleona oraz jemu podobnych. Pod wpływem brata księdza postanowił zostać kapłanem. Kiedy upadł Napoleon Lamennais zafascynował się ideą odrodzenia monarchii i Kościoła Katolickiego we Francji. Stał się jednym z najbardziej zajadłych zwolenników papieża. Został kapłanem, ale jego wykształcenie teologiczne było bardzo ubogie. Był bardziej ideologiem, fanatykiem różnych idei, które powstawały w jego mózgu, niż osobą duchowną. Był bardziej papieski niż papież i bardziej monarchistyczny niż król. Jego przekonania nie były jednak głęboko przemyślane i powoli zaczęły skręcać w dziwnym kierunku. Stworzył sobie ideę uniwersalnego rozumu, który objawiał się stopniowo w różnych religiach: od starożytnych zaczynając, przez judaizm do chrześcijaństwa. Wszystkie one były według niego w końcu jednym i tym samym. Rozum uniwersalny prowadzi do akceptacji i poddania się autorytetowi Kościoła, gdyż religia katolicka jest wyżej rozwiniętą formą religijnej świadomości rodzaju ludzkiego, która istniała zawsze, od samego początku ludzkości. Zarazem zajadle zwalczał możliwości poznawcze pojedynczego człowieka w kwestiach religijnych i metafizycznych. W życiu prywatnym coraz bardziej dystansował się od swojego kapłaństwa, nie nosił sutanny. Stał się z czasem typowym, i dla naszych czasów, antyklerykałem w sutannie (a właściwie anty-księdzem). Zaczął się upajać ideą nieuchronności nowej rewolucji, który wszystko odnowi, w tym Kościół. Choć wiele jego idei (np. wolności religijnej) Kościół w końcu przyjął, to jednak inne stawały się coraz bardziej ekscentryczne, a on sam fanatycznie im oddany. Jego poglądy zaczęli potępiać niektórzy francuscy biskupi, a on sam udał się do Rzymu, aby papież ocenił jego idee. Wieczne Miasto i Kuria Rzymska, które kiedyś tak wychwalał pod niebiosa, niezbyt mu się spodobały, a Grzegorza XVI nazwał człowiekiem „pozbawionego nawet średniej miary rozsądku i charakteru”. Rzym nie chciał wprost potępić Lamennais, ale w końcu wydał encyklikę, która potępiała jego poglądy, choć nie jego samego. Lamennais formalnie poddał się decyzji papieża, ale prywatnie coraz bardziej odchodził od nauczenia Kościoła. Odrzucił autorytet hierarchii i samego papieża. Był bardzo rozżalony, że Kościół nie chce iść w kierunku jego radykalnych reform i zaczął tworzyć swoją własną, panteistyczną religię. Gdy umierał w 1854 r. w jego sypialni już od dawna popiersie Marianny zastąpiło stojącą tu niegdyś figurkę Najświętszej Maryi Panny. Pogrzeb odbył się bez kapłana, on sam zresztą był ekskomunikowany i z Kościołem do śmierci nie chciał się pojednać. Tak więc z prawicowego katolickiego konserwatysty przemienił się w lewicowego awanturzystę. Jak to możliwe?
Przyjrzyjmy się jeszcze postaci Szawła z Tarsu, który też w młodości był ortodoksyjnym radykałem i konserwatystą. Po spotkaniu na drodze do Damaszku przeżył ogromny wstrząs psychiczny: trzy dni był ślepy i nic nie jadł. Po chrzcie z poprzednią gorliwością zaczął głosić chrześcijaństwo. Jego gorliwość sprowadziła problemy na miejscowy Kościół, który postanowił odesłać gorliwca … do domu, do Tarsu. Tam Paweł spędził wiele lat w zapomnieniu, ale był to dla niego czas duchowego wzrostu i poznawania Chrystusa. Kiedy Barnaba odszukał Pawła, ten nie był już entuzjastą, który zmienił barwy klubowe, ale człowiekiem głęboko zjednoczonym z Chrystusem. W czym więc problem? Problem w tym, czy chrześcijaństwo przyjmuje się jako wiarę i podążanie za Jezusem, czy też za jakąś, choćby najwspanialszą, ideologię. I to jest właśnie problem wielu prawicowców, konserwatystów i tradycjonalistów. Chrześcijaństwo znają oni jedynie jako system, ideologię, a Jezus jest tutaj zbędny. Niezwykle ciekawe jest, że w ostatnich latach ks. Lamennais żył z honorariów za przekład „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis, sam jednak za Nim nie chciał pójść. Nie myślę, że dokładnie to samo dotyczy Pana Redaktora, ale pewne analogie w jego ostrym, ideowym zakręcie można zauważyć.
Niestety ten zakręt redaktora ze względu na jego rozpoznawalność w mediach przynosi szkodę katolikom w Polsce. Kiedyś bronił polskich dzieci przed LGBT indoktrynacją (jeszcze w 2019 roku), a teraz broni forsowanej przez lewaków edukacji zdrowotnej, tak jakby mu na starość rozum otępiał, bo przecież nic się nie zmieniło co do celu, tylko w metodzie. Wcześniej chciano LGBT i gender wcisnąć dzieciom do głowy za jednym zamachem, teraz robi się to ostrożnie i małymi kroczkami. Pięknie, że Pan Terlikowski broni edukacji zdrowotnej i docenia pozytywne elementy tego projektu, tylko niestety stracił intuicję, że nie chodzi o rzeczy pozytywne, nawet o seksualności, tylko o to, że to jest powielanie pewnych trendów, które były już dawno przeprowadzone na Zachodzie, tzn. że tutaj stosuję się taktykę salami: dzisiaj pewne propozycje, które można tłumaczyć i na dobre, i na złe, natomiast jutro będę zajęcia z masturbacji dla przedszkolaków, z których rodzice pod sankcją karną nie będę mogli ich zwolnić. Tak więc, czy bystry kiedyś dziennikarz, nie odgrywa dziś roli pożytecznego idioty, jak określił towarzysz Stalin lewicujących intelektualistów przyjeżdżających do Bolszewii, aby podziwiać osiągnięcia dyktatury proletariatu? Zakończę zakończeniem ostatniego felietonu Pana Tomasza, gdzie pisze on o „ciemnej rzeczywistości Konferencji Episkopatu Polski” , która jest nie mniej ciemna niż obecna twórczość tego autora.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)