Decydując się kilkanaście lat temu na wspólne zamieszkanie bez ślubu nie myślałam (chyba), jak szybko ten „model życia” stanie się popularny. W przeciwieństwie do starszych generacji, młodzi nie mają już takiego parcia na zaobrączkowanie siebie i partnera/partnerki. Z czego to wynika?
Jak widać lawinowo narastająca w populacji laicyzacja idzie w parze z odrzucaniem starych schematów, które dla dzisiejszych 50-parolatków i starszych były – jak mniemam – oczywistością. Konkubinat kojarzył się kiedyś z czymś gorszym, może nawet z bytowaniem na granicy prawa; pachniał meliną i przemocą domową. Obecnie zaś awansował do rangi jednej z pełnoprawnych dróg życia. Nawet jeśli statystycznie wciąż więcej agresji, awantur i alkoholizmu jest wśród par żyjących na kocią łapę, to społeczny odbiór tej formy związku diametralnie się zmienił. Już chyba tylko najzatwardzialsi katolicy besztają swoje dorosłe dzieci za brak sakramentu. Coś mi się wydaje, iż większość rodziców skapitulowała w obliczu powszechnego lekceważenia tradycji przez ich pociechy i pogodziła się z tym, że szczęściem będzie, jeśli w ogóle doczekają się wnuków.
Takie są owoce wolności obyczajowej, dobrobytu, szerokiej gamy dostępnych stylów życia tudzież malejącego wpływu tzw. autorytetów moralnych. Kościół w zastraszającym tempie traci wiernych, rozrodczość pikuje w dół jak torpeda, a instytucja małżeństwa jest traktowana jak starzejąca się ladacznica, której wdzięki dawno już przestały kusić amatorów amorów. To ostatnie jest typowym znakiem naszych czasów, czasów niesłychanej wręcz swobody seksualnej, ale także zaniku wiary w to, że mężczyzna i kobieta powinni się ze sobą związać na całe życie. Być może młodzi nie wierzą już w sens przysiąg, gardzą obrączkami, papierkami i podpisami, a doświadczenie rozwodzących się i często szarpiących w sądzie rodziców, krewnych czy znajomych ze starszego pokolenia zniechęca ich do tego poważnego kroku. A może po prostu dorosła nam generacja nienawykła do trudu, zrażająca się przy byle konflikcie i bez przerwy rozglądająca się za czymś (kimś) lepszym? Może dzisiejsi młodzi są mniej odporni psychicznie, mniej zdeterminowani, by walczyć o utrzymanie małżeństwa? Nie można tutaj lekceważyć jednoznacznego przekazu popkultury, która promuje życie łatwe, przyjemne i nierzadko rozwiązłe.
Jak ostatnio sprawdzałam, jedna piąta polskich dzieci rodzi się poza uświęconymi więzami małżeńskimi. W krajach Zachodu jest ich pewnie więcej, lecz nie patrzmy w tę stronę, nie musimy ich wszak naśladować. Zaraz, czy aby na pewno? Jakoś tak się składa, że co Zachód przerobił, biorąc na klatę zarówno dobre, jak i złe owoce (nieuchronnego?) postępu, to polscy młodzi niemal na pewno zaadaptują do swoich potrzeb, na co wskazuje chociażby rosnąca akceptacja dla związków jednopłciowych. Do czego to doprowadzi? Czy powinniśmy się bać? Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej z rodzicielstwa nie będzie można się tak łatwo wymiksować jak ze związku. Rodzice wciąż jeszcze czują odpowiedzialność za swoją progeniturę. I oby to się nie zmieniło.



Komentarze
Pokaż komentarze (230)