Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
11397
BLOG

Wyznanie, czyli uświadomiona konieczność dziejowa

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Humor Obserwuj temat Obserwuj notkę 36
To był dla mnie trudny tekst, bo nie jest łatwo zacząć się rozliczać ze swoją przeszłością. Liczę jednak na zrozumienie i ostatecznie na wybaczenie tych, których tyle razy niesłusznie, a bardzo mocno krytykowałem.

Czy można samemu sobie zracjonalizować błędną opinię, której broni się od lat? Tak, jak najbardziej. Psychologia zna takie zjawisko doskonale i było ono właściwie codziennością w systemach, które opierały się na przymusie. Modelowo opisał je George Orwell w „Roku 1984”, dodatkowo pokazując, że opersyjna władza właśnie chce, aby absurdalne, całkowicie i ewidentnie fałszywe poglądy zostały zracjonalizowane i zinternalizowane przez obywateli, a nie tylko klepane jak bezmyślnie wyuczone formułki.

Inna jednak sprawa, gdy coś takiego dzieje się poza warunkami totalitarnymi i gdy jest się O’Brienem samemu dla siebie. A to niestety właśnie mój przypadek i do tego chcę się przyznać. Można żyć w fałszu naprawdę długo, może niektórzy są w stanie – wiecznie, ale nie wszyscy. Ja na pewno nie.

Komuniści i ich zwolennicy uzasadniali dominację jednej ideologii tak zwaną koniecznością dziejową, wyznając heglowski determinizm historyczny. Można to uznać za przesadę, ale przecież faktycznie są sytuacje, w których warianty działania są poważnie ograniczone i nic się nie da zrobić. Weźmy choćby Powstanie Warszawskie. Rozumiemy dzisiaj, że musiało wybuchnąć, było właśnie koniecznością, a wszyscy, którzy twierdzą inaczej, w dziecinny sposób odrzucają oczywistą konieczność dziejową, bredząc coś o słuchaniu rozkazów czy racjonalnej rachubie sił. Dlatego rację ma oczywiście Piotr Gursztyn, nie tylko niezłomny obrońca politycznej decyzji o podjęciu powstania, ale też – i za to teraz chciałbym mu bardzo podziękować – od wielu lat pogromca kanapowych mędrków, którzy pouczają z wygodnego fotela za klawiaturą Bora-Komorowskiego, jakie decyzje powinien był podejmować. Dobrze, że są ludzie tacy jak Gursztyn, dobrze, że byli tacy jak Bór-Komorowski. W pewnym sensie można nawet uznać, że postawa Gursztyna wymaga większej odwagi i samozaparcia niż postawa „Bora”.

Inny przykład mojej dramatycznej pomyłki to oczywiście Ukraina. Faktem jest, że nigdy nie kwestionowałem poparcia dla niej, pomocy czy przyjmowania ukraińskich uchodźców, ale to jednak za mało. Prostota rozumowania i argumentacji: jeśli nie pomożemy Ukrainie ze wszystkich sił i również swoim kosztem, będziemy następni – wydawała mi się od początku właśnie za prosta, nawet pospolita i odrzucająca swoim prymitywizmem. Ale w końcu dotarło do mnie, że stała za tym wyłącznie snobistyczna niechęć do prostych mechanizmów myślowych, a ten jest po prostu oczywisty. Z faktu, że coś jest proste, nie wynika, że musi być błędne.

Dziś, w tym szczególnym dniu, napisałbym wręcz, że stojąc przed tą prawdą, jawiącą mi się w całej swojej prostej ostrości, czuję się zaniepokojony niektórymi słowami rządzących. W sprawie ukraińskiego zboża pan premier zaczął zmiękczać przekaz, wspominając o „racjonalności pomagania”. To nie jest dobra droga i mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki się z niej wycofa. To przyjmowanie retoryki krytyków głębokiego zaangażowania się na Ukrainie, co może się wydawać dobrym taktycznym zagraniem przed wyborami (zaraz do tego przejdę) i w tym kontekście można to nawet zrozumieć, ale jednak nie usprawiedliwić. Rozumiem więc, że pan premier stara się zapobiec stopnieniu wiejskiego elektoratu, oburzonego napływem ukraińskiego zboża na polski rynek, ale mówiąc o „rozsądnym pomaganiu” niebezpiecznie rezonuje przekaz rosyjskiej agentury. Nie oskarżam, absolutnie, Mateusza Morawieckiego, że ma cokolwiek wspólnego z tymi kręgami; wskazuję jedynie, że miękki przekaz je niejako mobilizuje. Bo skoro w sprawie zboża mamy działać racjonalnie, to może w innych sprawach też? A to już naprawdę groźne.

Co zatem zrobić z prostestującymi rolnikami? Postulowałbym całkiem inną metodę niż przyjęta przez rząd. Zalecałbym twarde postawienie sprawy: ukraińskie zboże przyjmować musimy, bo to jeden z czyników sprzyjających zwycięstwu Ukrainy. Nie jest ważne, czy ono u nas zostanie czy nie. Trzeba też chłopom uświadamiać, że ich straty są relatywnie niewielkie wobec strat tych, którzy na Ukrainie stracili swój cały majątek, a ich pretensje są w tym kontekście po prostu niesmaczne i małostkowe. W ostateczności można ukraińskie zboże kupować, a następnie utylizować.

W kwestii sprawy ukraińsko-polskiej bardzo ważna jest praca ludzi, którzy dbają, abyśmy nie ulegali niebezpiecznym złudzeniom i narracjom. Z własnego doświadczenia wiem, że wielu wydaje się, iż głoszą takie poglądy sami z siebie, ale w istocie jest to skutek subtelnego wpływu wrogiej propagandy, z którego nawet nie muszą sobie zdawać sprawy. Ta propaganda zmienia często front, dlatego też osoby przed nią nas przestrzegająca mogą sprawiać wrażenie, jakby również często zmieniały zdanie, ale to tylko złudzenie. Ich kurs pozostaje niezmienny, a jest nim dobro Ukrainy. Dobro Ukrainy zaś to to samo co dobro Polski.

Chciałbym zatem skierować osobiste przeprosiny do pana ministra Stanisława Żaryna, wielokrotnie przeze mnie niesłusznie atakowanego za jego naprawdę imponującą pracę w sferze bezpieczeństwa informacyjnego. Jest mi także, mówiąc szczerze, wstyd za moje niedawne starcie z moim kolegą Wiktorem Świetlikiem, współtwórcą państwowego serwisu FakeHunter. Nawet pobieżna lektura tego serwisu pokazuje, jak jest potrzebny, obnażając nieustannie kłamstwa i przeinaczenia rosyjskiej propagandy, powielane przez Polaków nierzadko ze zwykłej bezmyślności. Dobrze, że są tacy ludzie jak Żaryn czy Świetlik. A przecież nie jest łatwo trwać w determinacji przy tak potężnej wrogości i emocjach. Dziękuję wam, Panowie. Jesteście – i nie jest to z mojej strony czczy komplement – godnymi następcami pułkownika Jana Rzepeckiego.

I wreszcie najtrudniejsza część tego wyznania.

Polityka jest sztuką realnych wyborów. Nie ma w niej ideałów. PiS ideałem nie jest i doskonale to wiemy po blisko ośmiu latach ich rządów. Jednak realizm nakazuje sobie zadać pytanie: jaka jest alternatywa? Jarosław Kaczyński to dzisiaj bez wątpienia najzdolniejszy polityk i po prostu największy umysł na politycznym firmamanecie. Mimo coraz bardziej zaawansowanego wieku imponuje nadal pamięcią, wiedzą, przenikliwością i przede wszystkim daleko sięgającą wizją. Jeśli odpowiednio o tym pomyśleć, umieszczenie na czele rządu Mateusza Morawieckiego było elementem realizacji tej wizji. Zamiast „przaśnej” (przy całym szacunku) Beaty Szydło, potrzebny był ktoś, kto umiałby zgrabnie połączyć granie w głównym unijnym nurcie z odpowiednim przekazem dla wyborców. Fakt, te dwie linie się często rozjeżdżały, ale taka była – powtarzam – konieczność dziejowa. Tylko PiS miał i ma dla Polski dobry projekt, a może w ogóle jakikolwiek projekt, a w takim razie, jakkolwiek cyniczne może się to wydawać, trzeba było przekonywać wyborców, że warto na PiS głosować. Nawet jeżeli musiało to oznaczać ukrywanie prawdziwych motywacji czy posunięć.

Ja jednak właśnie dzisiaj namawiałbym PiS, żeby zadziałało nieco odważniej. Trochę tak jak chciałbym, aby działało w przypadku konfliktu z rolnikami o zboże z Ukrainy. Pan premier poczynił już pierwszy krok, mówiąc w programie Jakuba Wiecha (pozdrawiam serdecznie!), że kontestowanie unijnej polityki klimatycznej oznacza wypisanie się z UE, a na to go nikt nie namówi. To było trafne, słuszne i przede wszystkim szczere, ale chciałbym słyszeć tego typu deklaracje z ust szefa rządu częściej. Konieczność dziejową trzeba ludziom uświadamiać, a nie udawać, że ona nie istnieje.

Szczerze mówiąc – gdy dziś myślę o scenariuszach na czas po wyborach, nie widzę innego racjonalnego i korzystnego dla Polski niż kontynuowanie misji przez Mateusza Morawieckiego. Żaden inny polityk nie dorósł wystarczająco do tej roli; żaden inny nie umie tak sprawnie poruszać się pomiędzy zastawianymi na Polskę pułapkami; żaden nie ma tak gigantycznego doświadczenia w tej pracy – nawet, czysto technicznie biorąc, Donald Tusk. Bo oczywiście w kwestiach ideowych, wiarygodności czy też – mówiąc może trochę podniośle, ale adekwatnie – wierności dobrym ideom w ogóle nie ma porównania. Morawieckiego uwiarygadnia i to, że dla pracy państwowej porzucił doskonale płatne zajęcie w banku – a na to jednak nie każdego byłoby stać.

I tu znów kilka ukłonów. Część moich kolegów dziennikarzy podjęła się trudnego zadania tłumaczenia wyborcom motywacji rządzących, ich uzasadniania i wyjaśniania. Owszem, może czasami szli w tym za daleko, ale wiem, że zawsze musieli myśleć o odbiorcach swoich słów. O tym, że jeśli do nich nie dotrą z może nadmiernie uproszczonym przekazem, to tych właśnie głosów może zabraknąć, gdy przyjdzie po raz kolejny decydować o przyszłości państwa. Czasem warto trochę przystopować, ale nie warto się w tym dziele zatrzymywać. Łatwo jest atakować Danutę Holecką, Samuela Pereirę czy Michała Adamczyka z zewnątrz. Wtedy nie myśli się o tym, jakich wyrzeczeń wymaga wzięcie na siebie w sumie niewdzięcznej roli.

Niech te kilka tysięcy znaków będzie wstępem do kolejnych rozważań, które wkrótce się pojawią. Nie jest łatwo rozliczać się z własną błędną, a trwającą jeszcze do niedawna przeszłością. Wierzę, że takich powrotów do racjonalności i słusznego oglądu rzeczywistości będzie przed wyborami więcej. Oby, bo to naprawdę jest – przepraszam za pompatyczność – rywalizacja między stroną propolską (pozdrawiam Jacka i Michała!) a tą drugą. Do mnie w końcu dociera. Pozostaje mi tylko przeprosić, że tak długo to trwało.

Łukasz Warzecha, 1 kwietnia 2023 r.


Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości