Dziś Zbigniew Ziobro, Minister Sprawiedliwości, powołał nowy zespół prokuratorów ds. zbadania katastrofy smoleńskiej. To pozwala mieć nadzieję, że może - kiedyś - zbliżymy się do wyjaśnienia tej zagadkowej tragedii - bo to, co nam zafundował MAK, Komisja Millera i zespół dra Laska, to była hucpa wołająca o pomstę do nieba. I pomyślałam, że w tych okolicznościach mogę wreszcie się pokusić o takie własne, prywatne, odtworzenie "drogi do smoleńska" i "drogi po smoleńsku". Taki osobisty proces poszlakowy. Przy okazji deklaracja dla 35stan: moim zdaniem, to jednak była sprawa lokalna: rosyjsko-polska. Mogę się mylić, ale wiele jednak na to wskazuje. Przyczyny? Umowa gazowa, kwestia przyszłego gazu łupkowego, zemsta za Gruzję i wielki błąd śp. prezydenta Kaczyńskiego: nieopublikowanie Aneksu do raportu z WSI (na marginesie - prezydent Duda powiela ten śmiertelnie niebezpieczny błąd).
Rok 2009, poprzedzający tragiczny 2010, skumulował na przestrzeni kilku miesięcy sporo niezwykłych i zdaje się, do dziś nie do końca wytłumaczonych zdarzeń. Zaczęło się od umowy gazowej z Rosją, którą forsowała koalicja PO-PSL, a sprzeciwiał się prezydent Kaczyński. Negocjacje trwały długo, a główną rolę odgrywał w nich Waldemar Pawlak – ówczesny szef PSL i wiceminister gospodarki. Ostatecznie umowa została podpisana dopiero jesienią 2010 r. Jak podawał kiedyś "Nczas", kosztuje nas ta umowa co najmniej dwa miliardy rocznie. Ładny pieniądz i warto o niego powalczyć, prawda?...).
Początek roku 2009 to przetarg na remont Tupolewów, które miały być serwisowane w Samarze w Rosji. Przetarg ten obecnie ma być prześwietlony – i chyba bardzo słusznie, bo doniesienia o tym, że polski rządowy samolot był na przeglądzie – w dodatku: niepilnowanym – w kraju naszego odwiecznego wroga, stawiają włosy na głowie.
Wiosną 2009 r. natomiast zaginął szyfrant Zielonka – osoba niewątpliwie mająca dostęp do wielu tajemnic wojskowych i państwowych. Media rosyjskie sugerowały, że Zielonka był szpiegiem pracującym na rzecz Rosji; MON twierdziło zaś, że jest to zemsta za wykrycie rosyjskiego szpiega w Polsce
Końcówka roku 2009 to wyraźne przyspieszenie wydarzeń: Tupolew, który roztrzaska się z dwoma prezydentami Polski na pokładzie, wrócił tuż przed Wigilią – 23. grudnia. Tego samego dnia ma miejsce kolejne samobójstwo polskiego VIP-a: Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Premiera Tuska, czyli jedna z najważniejszych osób w państwie. Jak to w polskiej nowej tradycji bywa – powiesił się na sznurze od odkurzacza, nie zostawiając listu pożegnalnego i umawiając wcześniej spotkania na kolejne dni.
Czy Donald Tusk zrezygnował ze swego największego marzenia, czyli prezydentury, któremu koalicja przez kilka lat podporządkowywała całą narrację, w końcówce 2009, czy na początku 2010, tego nie pamiętam. Pamiętam za to dokładnie szok, z jakim oglądałam wściekłego Tuska, cedzącego przez zęby, że z piątku na sobotę rezygnuje z wyścigu o fotel Strażnika Żyrandola, bo lepiej się spełnia w funkcji premiera rządu ... Jedyną chyba osobą w Polsce, która prawybory potraktowała serio, był Radem Sikorski – twiterowy minister.
Potem była tajemnicza rozmowa Tomasza Arabskiego w Moskwie z przedstawicielami władz rosyjskich (ponoć co najmniej dwukrotna) oraz, równie tajemnicze, rozmowy premiera Tuska z Putinem. Rozmowy, których treść została utajniona dla opinii publicznej, bo NSA uznał, że jest to w porządku.
Tuż przed katastrofą smoleńską polskie władze zostały poinformowane o planowanym ataku terrorystycznym na jedno z państw Unii Europejskiej, wysiadła łączność w MSZ, wysiadły monitoring prawie wszędzie, zaś orędzie pana Komorowskiego po katastrofie ukazało się w Internecie już przed siódmą rano. Zaraz po katastrofie Edmund Klich – przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych – udał się do Warszawy, mimo, że ten wypadek nie pozostawał w kręgu zainteresowania jego komisji, co sam przyznał. No, ale skoro wzywał go pan Morozow, wiceszef MAK …
Generał Czesław Petelicki twierdził, że zaraz po katastrofie wśród koalicji rządzącej krążył sms treści następującej: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje kto ich do tego skłonił".Niestety, nie zdążył zeznać tego przed sądem, ponieważ … tak, tak, oczywiście. Popełnił samobójstwo nie zostawiając listu pożegnalnego. Identycznie, jak zrobił to chorąży Muś, który twierdził, że Rosjanie wydali pilotom Tupolewa zejście do 50, nie zaś – jak twierdzili Rosjanie – do 100 metrów. A monitoring z wieży, oczywiście, „zaginął”.
Na pogrzeb śp. pary prezydenckiej mieli zjechać przywódcy całego świata, ale akurat wybuchł wylkan o niewymawialnej nazwie i zasłał cały świat niewidocznym pyłem - zabójczym dla samolotów. Co prawda, kto chciał - jak prezydent Gruzji - ten przyleciał zza oceanu, a kto się bał powtórzenia zamachu, to nawet pociągiem z Europy nie przyjechał ...
(Na marginesie - właśnie wulkanu i zamkniętego przez wiele dni nieba upewniła mnie, że WTEDY cały świat zamarł w przerażeniu, czekając na kolejny krok Rosji - co świadczy o tym, że rzecz właśnie NIE była uzgodniona międzynarodowo. A fakt, że nikt nigdy nie zająknął się o odszkodowaniach za nieodbyte loty świadczy, że strach był potężniejszy niż kosmiczne zupełnie pieniądze - a raczej: ich strata).



Komentarze
Pokaż komentarze (156)