Blog
Rok 2013
Milton Ha
Milton Ha Twórca niezależny.
14 obserwujących 283 notki 103694 odsłony
Milton Ha, 14 stycznia 2018 r.

Nadzieja umiera ostatnia. Odsłona druga.

84 0 0 A A A

Nadzieja umiera ostatnia. Odsłona druga.

 

            Był 26 lutego 2008 roku, kiedy na świat przyszedł Maksiu. Choć niespodziewane, to jednak wyczekiwane, trzecie dziecko Sylwii i Macieja. Rodzice z nadzieją oczekiwali jego przyjścia na świat. Jednak, tuż po porodzie, świat zawalił im się na głowę. Maksiu urodził się obarczony wieloma wadami genetycznymi, w wyniku których doszło do niedotlenienia mózgu, a w konsekwencji, do pełnoobjawowego porażenia dziecięcego. Jednak w siódmej dobie, kiedy Maksiu leżał na stole operacyjnym, a lekarze czynili cuda, by zachować go przy życiu, przełączając zamienione miejscami przez naturę żyły z tętnicami, mieli jeszcze nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Był bowiem w najlepszych rękach. Jednak rokowania pooperacyjne, choć dobre co do funkcjonowania jego serduszka, okazały się fatalne, co do szans na jego dalsze długie i zdrowe życie. Okazało się także, że Maksiu nie widzi, prawie nie słyszy i nie ma odruchów ssania.

Nadzieja umarła z chwilą ostatecznej diagnozy pełnego porażenia mózgowego, choć jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Jednak rodzice Maksia nie poddali się. Dzień w dzień, całą rodziną, wspierani przez dziesiątki życzliwych osób i fundację Anny Dymnej, pracując po 24 godziny na dobę, utrzymywali Maksia przy życiu, w jako takim zdrowiu, a codzienna rehabilitacja, wydawało się, zaczęła wreszcie przynosić efekty. Po czterech latach walki o życie, o każdy oddech, o zmniejszenie napadów epileptycznych ze stu do kilkunastu dziennie, mogli w końcu wyjść z dzieckiem z domu. Na krótki pierwszy spacer. Jednak choroba postępowała. Nie dała za wygraną. Stan Maksia, z dnia na dzień zaczął się znowu pogarszać, a lekarze bezradnie rozłożyli ręce nie dając żadnych nadziei na zmianę tego stanu.

Nadzieja na wyzdrowienie umarła, choć jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia. Pozostała nadzieja na cud.

Rodzice Maksia są katolikami. To osoby bardzo mocno zaangażowane w życie Kościoła. Nie tracąc nadziei na wyleczenie i nie zaniedbując wszystkiego, co współczesna medycyna mogła zaoferować, zwrócili się również o pomoc do Boga. Patrzyłem na te ich wysiłki, na walkę z przeciwnościami i podziwiałem, że jeszcze znajdują w tym wszystkim czas na modlitwę i spotkania w grupach wsparcia. Dopiero po latach dowiedziałem się, że bez tego, nigdy by przez to wszystko nie przeszli tak, jak ostatecznie się to stało. A przyszły chwile ostateczne. Maksiu doznał zapaści. Najpierw jednej, z której został wyprowadzony.

Nadzieja powoli zaczęła umierać, choć jak to mówią, nadzieja podobno umiera ostatnia.

Był 23 grudnia 2011 roku. W szpitalu onkologicznym w Bydgoszczy, Ola, moja żona, właśnie wybudziła się po operacji. Z niecierpliwością i nadzieją czekaliśmy, ja i dwaj nasi synowie, na wiadomość ze szpitala, czy już jest po i czy wszystko jest w porządku. W końcu telefon zadzwonił. Wszystko poszło dobrze. Można było jechać do szpitala. Krótka wizyta i powrót do domu. Jutro przecież Wigilia. Nie było rady, trzeba było zakasać rękawy. Miałem nadzieję, że mimo mojej miastenii i towarzyszącego jej osłabienia mięśni, dam radę wszystko ogarnąć. Wigilię w domu, bez Oli i Wigilię w szpitalu, z Olą i dla Oli. Najważniejsze jednak było to, że pojawiła się nadzieja na jej wyzdrowienie. I tylko to się wtedy liczyło.

24 grudnia 2011 roku, w Wigilię, byliśmy u Oli. Połamaliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia i zjedliśmy wspólna kolację, a właściwie Ola zjadła. Myśmy tylko jej dzielnie towarzyszyli. To był jej pierwszy pełny posiłek po operacji. Wszystko wskazywało na to, że nasza nadzieja na jej wyzdrowienie miała się zacząć wypełniać. I jeszcze jedna nadzieja. Nadzieję na to, że nie spełni się klątwa rodziny Oli. Do tej pory regułą było to, że jeżeli w danym miesiącu, w rodzinie Oli, przychodziło na świat dziecko, w tym samym miesiącu, ktoś ze starszych umierał.

Jednak nadzieja nie kazała nam długo czekać, na to by udowodnić, że nadzieja umiera ostatnia, ale bywa też matką głupców.

24 grudnia 2011 roku, w Wigilię, siedzieliśmy z synami przy stole. Ola leżała w szpitalu. I wtedy zadzwonił telefon. Dzwonił Maciej, mój brat, i drżącym ale matowym głosem poinformował mnie, że: „Maksiu, nasz ukochany synek, właśnie odszedł od nas, po nagrodę do Pana. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…”

Stało się. Może nie tak, jak w rodzinnej klątwie. Jakby odwrotnie, jednak życie za życie. W tym samym dniu, kiedy Maksiu odszedł po nagrodę do Pana, bezcenny dar życia otrzymała Ola, moja żona. W jednym dniu, umarła ostatecznie i nieodwracalnie jedna nadzieja i zarazem narodziła się nadzieja inna. Nasza nadzieja. I trwa tak do dzisiaj. Minęło bowiem już sześć lat i wszystko wskazuje na to, że Ola jest i pozostanie zdrowa. Taką mamy nadzieję. I jeszcze jedną. Mamy nadzieję, że Maksiu patrzy na nas z góry, czy gdziekolwiek tam jest i kibicuje nam w tej drodze. Byśmy nie stracili nadziei.

Mam nadzieję, że kiedyś się z nim spotkamy i będzie okazja, żeby jemu i Panu Bogu podziękować. Nadzieja bowiem rzeczywiście umiera ostatnia.

 

Bydgoszcz, 14 stycznia 2018 r.,

Opublikowano: 14.01.2018 11:15.
Autor: Milton Ha
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Jestem jaki jestem.
Opisuję nasz kRAJ, bo nasz kRAJ to taki k.. RAJ, że aż trudno wytrzymać.
Jestem również autorem. Felietonistą na równi z poetą. Pisarzem także, choć znacznie rzadziej.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Allan Irokez  Dziękuję i wzajemnie. Psy były miłe, zwierzęta lubię i wydaje mi się, że...
  • Eeee? Czyżby? Ty tylko wariant drogi, która już była. \
  • Przekonania polityczne nie mają znaczenia, jeśli ktoś mówi i czyni z sensem.

Tematy w dziale Rozmaitości