Afera goni aferę, nie ma dnia bez nowych wstrząsających wieści. Aferowy kalejdoskop pędzi tak szybko, że nie jesteśmy w stanie śledzić dalszego ich ciągu, bo nowe afery odwracają naszą uwagę. I o to mniej więcej chodzi. Po co drążyć temat?
W podzielonym kraju podzielone są też afery. Inne są afery dokonywane przez rządzących, a inne przez ich przeciwników. W skrócie: pisowskie i platformerskie. Te pierwsze charakteryzują się błyskawicznym działaniem organów państwa, szybkimi zatrzymaniami i aresztami, teoretycznie tymczasowymi, pełnymi moralnego oburzenia komentarzami rządowych mediów i polityków sprawującej władzę koalicji. Gdy jednak przychodzi do konkretów, zarzuty okazują się zupełnie dęte, a postępowanie „z całą surowością prawa” jest zwykłą zemstą na przeciwniku politycznym.
Dobrym przykładem jest sprawa Daniela Obajtka – byłego prezesa Orlenu. Za rządów Prawa i Sprawiedliwości ówczesna opozycja głośno oskarżała Prezesa Obajtka o wyprowadzanie pieniędzy z Orlenu, czyli po polsku kradzież. Pieniędzy, które pochodziły z „łupienia Polek i Polaków”. Zarzuty te traktowano jak udowodnioną prawdę i czekano do zmiany rządów, by wymierzyć przestępcy sprawiedliwość. Biorąc pod uwagę rozmiar biznesu, jakim zarządzał Daniel Obajtek, defraudacje musiały iść w miliardy. I w takim przekonaniu żyli już nie tak młodzi i wykształceni z wielkich miast.
Zmienili się rządzący, Daniel Obajtek nie jest już prezesem Orlenu, a dokumenty firmy badają ciągle „policje tajne, widne i dwupłciowe”. I znalazły przestępstwo tak poważne, że Parlament Europejski bez wahania odebrał Obajtkowi immunitet europosła. A przestępstwo to polegało na wycofaniu ze sprzedaży w sieci Orlenu numeru tygodnika „Nie” z paskudną – jak to w „Nie” - karykaturą papieża. I to cała zbrodnia.
Inaczej wyglądają afery platformerskie. Od początku bagatelizowanie sprawy, zarzucanie mówiącym o niej złych intencji, podważanie wiarygodności świadków i zamiatanie pod dywan. Gdy nie uda się zamieść, pojawiają się szumne zapowiedzi o wyjaśnieniu sprawy „do spodu”. A później konsekwentne pozorowanie ruchów i czekanie aż następna afera, która niechybnie się pojawi, zaćmi poprzednią. O jakichkolwiek zatrzymaniach i aresztowaniach mowy nie ma, nawet jeśli aresztowania domaga się Prokuratura Europejska, jak w przypadku posła Króla.
Rafał Ziemkiewicz zauważył jeszcze jedną różnicę między dwoma rodzajami afer. Otóż różnica między aferami pisowskimi a platformerskimi polega na tym, że te platformerskie zdarzyły się naprawdę. Przypomnijmy sobie hucznie zapowiadane i z zapałem obradujące specjalne komisje sejmowe do wyjaśnienia pisozbrodni. Po trzech latach nie zostało po nich nic prócz kompromitacji samych komisji. A pieniądze ukradzione z Polnordu znalazły się naprawdę na koncie żony znanego adwokata za pomocą Rosjanki powiązanej z putinowskimi oligarchami. Sławomir Nowak rzeczywiście miał w meblach kilka milionów, a były marszałek Senatu przyspieszał operację tym, którzy zapłacili.
Tak samo Dawid Kacprzyk rzeczywiście wystawiał fałszywe faktury, do czego zresztą przyznał się korygując je i zwracając część otrzymanego wynagrodzenia. I właśnie afera w Szpitalu Południowym jest klasycznym przykładem platformerskiej afery. Warto przyjrzeć się jej, zanim przykryją ją kolejne.
Wkrótce miną cztery miesiące od jej ujawnienia, a główny bohater nie niepokojony przez nikogo spokojnie pracuje sobie w innym miejscu. Nic z głośno zapowiadanego odebrania mu, lub przynajmniej zawieszenia, prawa wykonywania zawodu. Pamiętajmy, że pojawiły się podejrzenia o spowodowanie śmierci pacjenta. Nikt Dawida Kasprzyka nie zatrzymał ani przesłuchał, nikt nie zrobił mu w domu rewizji, nie zabrał urządzeń elektronicznych ani nośników danych.
Przesłuchany został za to w tempie błyskawicznym dr Emil Jędrzejewski, który ujawnił ciemne strony pracy dr Dawida Kacprzyka. To błyskawiczne wezwanie na przesłuchanie bez pełnomocnika jest wyraźną represją za ujawnione fakty. Równolegle premier raczył był uznać dr Jędrzejewskiego za niewiarygodnego świadka. Trzeba przyznać, że w ocenie wiarygodności świadków premier jest zaskakująco konsekwentny. Wiarygodnymi świadkami są dla niego Jacek Murański – postać znana, przynajmniej premierowi, czy Przemysław Kral – ewidentny oszust i – według zapewnień premiera – agent Putina. Oczywiście niewiarygodnym dla premiera jest natomiast dr Emil Jędrzejewski – chirurg z wieloletnią praktyką również jako ordynator, oficer Wojska Polskiego, człowiek, w którego ręce powierzyło swoje zdrowie i życie wielu pacjentów. Czy kogoś to dziwi?
Zwłoka z przesłuchaniem dr Kacprzyka pięknie kontrastuje z reakcją państwa demokracji walczącej na wpis pewnej starszej pani o Jurku Owsiaku. Uznano słowa „Giń człeku” za groźbę karalną. W takim wypadku ściganie następuje po stwierdzeniu osoby pokrzywdzonej o odczuwaniu zagrożenia spełnieniem tej groźby. A tu, zanim Jerzy Owsiak zdążył zeznać, jak bardzo przeraził go wpis staruszki, do drzwi emerytki zawitała policja w randze zastępcy komendanta miejskiego, który za swą bohaterską postawę awansował wkrótce na komendanta w innym mieście.
Starsza pani została błyskawicznie przesłuchana i bez zbędnej zwłoki skazana, na razie w I instancji, czyli nieprawomocnie. Wyroku II drugiej instancji już nie doczeka, bo zeszła z tego świata, do czego prawdopodobnie przyczyniła się opisana sytuacja. Ale państwo Tuska kolejny raz zdało egzamin.
Odsuwanie do „świętego Nigdy” przesłuchania Dawida Kacprzyka przywołuje niesławnej pamięci proces towarzysza Jaruzelskiego w sprawie masakry na Wybrzeżu. Chodziło o ustalenie czy to towarzysz generał wydał rozkaz strzelania do robotników. By się tego dowiedzieć sąd postanowił przysłuchać wszystkich poszkodowanych tym ostrzałem. Co postrzelony na ulicy mógł powiedzieć na temat kto wydał rozkaz dowódcy pociągającego za cyngiel, pozostanie nieodkrytą tajemnicą sądu. Powołano coś z tysiąc świadków, przesłuchania ciągnęły się latami. W międzyczasie zmarł jeden z sędziów, skład uzupełniono, a przesłuchania trzeba było powtórzyć. I tak dociągnięto do momentu aż towarzysz generał udał się na Sąd Ostateczny. Ponieważ zmarł jako niewiniątko, Donald Tusk zdążył, przed swą ucieczką do Brukseli, wyprawić mu piękny, państwowy pogrzeb.
Powody ślimaczenia się śledztwa w sprawie Szpitala Południowego są nieco inne. Oprócz nadziei na wyciszenie i zapomnienie przez opinię publiczną, powodem prawdopodobnie jest strach przed tym, co dr Kacprzyk może powiedzieć na przesłuchaniu. A wygląda na to, że utopić może wielu.
Cała uwaga mediów koncentruje się na platformerskim Dawidku. Nie chcę go bronić, bo wystawiając lewe faktury stał się zwykłym oszustem. Był on jednak tylko elementem w dobrze pracującej machinie wyprowadzania publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni i traktowania publicznych szpitali jak prywatnej lub partyjnej własności. Lista korzystających z saloniku VIP i poddających się szybkiej detoksytacji mogłaby zagrozić niejednej karierze i obniżyć sondażowe notowania rządzących.
Dawid Kasprzyk nie pobierał wynagrodzenia z wypłatomatu po wpisaniu żądanej sumy. Wystawiał faktury, które ktoś musiał sprawdzać, ktoś zatwierdzać do wypłaty, a ktoś wypłacać. Jakiś kadrowy musiał sprawdzać czas pracy. Czy nie zauważył pracy na okrągło, podczas gdy maksymalny czas pracy na etacie wynosi 48 godzin tygodniowo? A kiedy dr Kacprzyk wykorzystywał obowiązkowy 11 godzinny wypoczynek po dyżurze, skoro, według papierów, dyżurował na okrągło często w dwóch szpitalach równocześnie, o innej aktywności w tym czasie nie wspominając?
Na koniec sprawa najpoważniejsza. Kto zdecydował do umieszczeniu dr Kacprzaka na stanowisku, dla pełnienia którego nie miał kwalifikacji? Tu już nie chodzi o pieniądze. Według dr Jędrzejewskiego, wskutek niekompetencji Dawidka umierali ludzie.
Ktoś to zatwierdzał, ktoś sprawdzał, ktoś kontrolował. Co powodowało to przymkniecie oka? Sympatia do Dawidka? Udział w podziale fruktów? Czy ponadczasowy telefon w stylu „wicie, rozumicie”? To ostatnie najbardziej prawdopodobne, tyko kto tak dzwonił?
Premier zareagował prostacko i pod publiczkę, zapowiadając ograniczenie zarobków lekarzy. To czysta demagogia i robienie z lekarzy kozłów ofiarnych własnej nieudolności. Zarówno Dawidek, lekarz wykazujący przepracowanych 1000 godzin w miesiącu jak i lekarze wykazujący fizycznie niemożliwą do przeprowadzenia liczbę operacji, nie zarabiali dużych pieniędzy dlatego, że są lekarzami tylko oszustami. Nie mylmy ich z normalnymi lekarzami. To nie lekarze są winni, to chory system, w którym mogą wydarzać się takie patologie.
Łatwiej szczuć ludzi na lekarzy niż pomyśleć o reformie finansowania służby zdrowia. W sumie trudno się temu dziwić. Oskarżać lekarzy jest łatwo. Przeprowadzenie jakiejkolwiek rozsądnej reformy to dla koalicji 13 grudnia poziom nieosiągalny.



Komentarze
Pokaż komentarze