Ignatius Ignatius
73
BLOG

Opętanie, terror, upadek świata i siedmiu kościołów: Possessed / Terrorizer - Relacja

Ignatius Ignatius Kultura Obserwuj notkę 0
W ramach Morbidfest 2025 w krakowskim Hype Parku odbył się mały przegląd piosenki ekstremalnej. Przyjechały zespoły z Chile, Grecji i Stanów Zjednoczonych. Terror i zniszczenie siały głównie Possessed i Terrorizer przedstawiając historię i (r)ewolucję skrajnych form muzyki ekstremalnych. Greccy przedstawiciele nausznie dowiedli, że Nightfall i Suicidal Angels psiej samicy spod ogona niewypadły a chilijski Ater próbował zsyntezować bogate dziedzictwo muzyki metalowej.

7.12.2025 w krakowskim Hype Parku odbyła się wyjątkowa potańcówka dla fanów czystego oldschoolu. Possessed, Terrorizer - miał być jeszcze Massacre ale niestety Kam Lee się wykrzaczył i niestety po raz kolejny odwołano koncerty.

Gdyby ta trójca jednego wieczoru wystąpiła na dechach krakowskiego klubu byłby to historyczny gig - mimo wszystko taki był, biorąc pod uwagę jaką krwawą łaźnie zgotowały wyżej wspomniane zespoły. Radośnie utaplali tłuszczę w juszce aż  po same paszki.

Motywem przewodnim tejże edycji Morbidfestu było zagranie swoich ikonicznych debiutów: Seven Churches (1985), World Downfall (1989) i From Beyond (1991). Mam nadzieję, że będzie okazja i Massacre zagra jeszcze w całości swój album w naszym kraju. Zaznaczmy, że był to w Polsce trzeci  koncert w ramach Moridfest 2025, pod koniec listopada odbyły się gigi również w Warszawie i Gdańsku. Relacje z nich podgrzewały atmosferę i wyostrzały apetyt..

Przed pionierami rozgrzewali: chilijski Ater, który na moje ucho jest jeszcze w fazie stylistycznych poszukiwań i reprezentacja Grecji: klimatyczny Nightfall i w zastępstwie dla Massacre, oldschoolowy, neokataniarski Suicidal Angels. 

Ater

Chilijczycy posiadają na koncie dwa albumy, na pewno mają warsztat ale niestety same umiejętności techniczne to za mało. Są w trakcie ogrywania Somber (2024) i otwierali koncerty w ramach trasy Morbidfest 2025.

Odnosiłem wrażenie, że zespół tworzy utwory mnożąc karkołomne zagrania, które zmierzały prosto donikąd. Nie mówię o (kontrolowanym) chaosie - po prostu brzmi to jak zlepek pomysłów (nierzadko ciekawych, było na czym ucho zawiesić), które (jak krew w piach) nijak można nazwać kompozycją.  

Zespół w wywiadach nie ukrywa inspirowania się m.in.  Meshuggah, Belphegorem, Septic Fleshem,  polską sceną: Hatem i Batushką - (stąd może ta dziwna medytacja zainicjowana przez perkusistę, tuż przed rozpoczęciem występu). Te wpływy gdzieś rzeczywiście wybrzmiewają: jest to uczerniony djent, przemieszany z death metalem w różnych smakach. W takich wynalazkach nasz rodzimy Shadohm robi to według mnie dużo bardziej konsekwentnie, sensownie i bez kija w czterech literach.

Kontrowersyjnym dla mnie momentem była mruczanka podczas jednego z utworów, niestety najprawdopodobniej poszło to z playbacku... jest to dla mnie niezrozumiałe i dyskwalifikujące - uczciwym byłoby pominięcie tego czego nie jest się wstanie zagrać na żywo. Nawet jeżeli stanowi kluczowy element na płycie. Nie od dziś wiadomo, że  w rock and rollu koncerty rządzą się swoimi prawami a zespół nie jest zobligowany do wykonania utworu 1:1 jak na nagraniu studyjnym. 

Buszujący w nowinkach mogą trzymać rękę na pulsie. Niedojrzała poczwarka może metamorfować w zacną ćmę czego im szczerze życzę.

Nightfall

Greckie klimatyczne granie z dozą teatralności. Zespół od lat targany personalnymi zmianami. Powstały w 1991 roku w Atenach i określany był śródziemnomorskim wariantem black metalu. Choć nigdy czystego black metalu nie grali - zręcznie poruszali się w rejonach melodyjnego, symfonicznego metalu ekstremalnego z gotyckim sznytem. Jeden z filarów greckiej sceny metalowej.

Z pierwotnego składu został jedynie Efthimis Karadimas, który stosuje groteskową charakteryzację, biegając z turpistyczną firanko-woalką, uzbrojony w rekwizyt będącym nożem przytwierdzonym do mikrofonu. Wyglądało to (tragi)komicznie ale ostatecznie pasowało do stylistycznego tygla ważonego zgodnie z trendami obowiązującymi w połowie lat 90., kiedy to przedrostki Death, Black, Doom, Gothic radośnie przenikały się tworząc brzmienie tożsame dla przełomu wieków. Efthimisowi towarzyszyli jeszcze gitarzysta Kostas Kyriakopoulos (grał w zespole w latach 2004-2006, do składu wrócił w 2020r.) i całkiem świeża sekcja rytmiczna: Fotis Benardo (bębnił m.in. w takich bandach jak  Septic Flesh i Necromantia), od pięciu lat grube druty szarpie basistka Vasiliki Biza.

Nightfall przybył z swoimi ostatnimi nowotworami: najnowszą płytą Children of Eve (2025), którą przemieszał z krążkiem go poprzedzającym - At Night we Pray (2021). Rozumiem i szanuje ale aż prosiło się o choćby krótką, wycieczkę do początków działalności grupy.

Niemniej był to dojrzały atmosferyczny metal bez napinki, niczym nie zaskakuje ale też nie zawodzi, nudy nie było, repertuar spójny unikał monotonni z nostalgicznymi odwołaniami do czasów świetności zespołu jak i sceny z której się wywodzi.

Na uwagę zwracała swobodna gra Fotisa - w ogóle mam wrażenie, że to był festiwal perkusistów i różnych szkół walenia w gary.

Tak jak pisałem, szkoda że zabrakło czasu na jakiś staroć, ale widocznie lider jest na tyle zadowolony z swoich ostatnich dokonań, że na razie nie ogląda się wstecz.

Było to najbardziej dojrzałe i przemyślane granie na festiwalu i najbardziej też przyswajalne... co niekoniecznie można traktować jako zaletę, biorąc pod uwagę zespół parający się metalem ekstremalnym.

Suicidal Angels

Pierwszy prawdziwie bezkompromisowy występ tego wieczora. Ateńscy neokataniarze konsekwentnie od ćwierć wieku łoją w imię najlepszych tradycji starej szkoły thrash metalu. Tak proszę Państwa - musiał wbić grecki zespół uprawiający stary dobry thrash, żeby rozruszać krakowską publiczność. 

Suicidal Angels nadal promują swoją ósmą płytę pt. Profane Prayer (2024) prezentując zeń cztery utwory, które dobitnie świadczą, że zespół jest w formie i w swoim rzemiośle mają jak na razie niezagrożoną pozycję (nie jedynych rzecz jasna) depozytariuszy dziedzictwa stylistycznego pielęgnujących dobre tradycje.

Zagrali intensywnie będąc odpowiednią rozgrzewką przed apogeum wieczora.

Gitarzysta Nick Melissourgos jest zacnym krzykaczem a Orpheas Tzortzopoulos - perkusista przypomina, że współcześnie można demolować bezpardonowo, bez stosowania blastów. Nie zabrakło starszego materiału, zapodali taki strzały jak otwierający gig: „Capital of War" z Division of Blood (2016), następnie pocisnęli swój szlagier: „Bloodbath", z albumu o tym samym tytule. Skończyli dość logicznie „Apokathilosis" z drugiego długograja. Choć z tym resetem może trochę przedwcześnie wyskoczyli przed szereg - prawdziwą oczyszczającą hekatombę zafundował Terrorizer i pal licho, że przy użyciu brudnego ognia napalmu. 

Czy można mówić o godnym zastępstwie za Massacre? Tak i nie. Zespół bezsprzecznie dał z siebie wszystko, zagrał bardzo dobrze, fani tradycyjnego thrashu lat 80. byli wpiekłowzięci. Jednak w tym miejscu można było oczekiwać zespołu pasującego do pierwotnego programowego, założenia festiwalu.

Terrorizer

Jedna z fundamentalnych załóg w ekstremie, która w 1989 roku popełniła płytę tektoniczną odmieniającą oblicze gatunku... tego gatunku. Nazwa zespołu została zaczerpnięta od utworu chicagowskich pionierów death metalu - Master. 

World Downfall (1989) od strony producenckiej uznano za wzorcowy dla tego jak brzmieć powinien grindcore i death metal. Ów bezkompromisowy popis stał się wizytówką Scotta Burnsa i studia Morrisound - słowem Floryda.

O tym przełomowym krążku wiele mówi pierwotny skład: ś.p. gitarzysta Jesús Ernesto Pintado Andrade znany jako Jessie Pintado (przypisuje mu się autorstwo pojęcia grindcore, które następnie spopularyzować miał Mick Harris). Sekcja rytmiczna Morbid Angel: David Vincent i Pete 'Commando' Sandoval. Na wokalu Oscar Garcia z Nausea (program debiutu w 1/3 to tak naprawdę materiał napisany na potrzeby Nausea).

Na następcę World Dowfall (1989) przyszło czekać fanom 17 lat, niedługo po premierze Jessie odszedł do krainy wiecznych łowów. Od tamtego czasu reaktywowano Terrorizer jeszcze dwukrotnie w różnych składach każdy z tych powrotów przypieczętowano nagraniem premierowego materiału.  

Przedsmakiem powrotu Terrorizer w obecnym składzie było wykonywanie utworu „Dead Shall Rise" przez I Am Morbid. Już wtedy zaczęło się kiełkowanie myśli - jak cudowna byłaby reaktywacja Terrorizer z Sandovalem za garami. Marzenia jak widać się spełniają. 

Zgodnie z zapowiedzią, krakowską publiczność zbombardowano odegranym w całości wspomnianą płytą totalną. World Downfall (1989) zarówno studyjnie jak i (a może głównie, zwłaszcza po tylu dekadach) na żywca jest to popis umiejętności i wytrzymałości Peta Sandovala - ogólnie przyjmuje się, że był jednym z najszybszych perkusistów w czasie swojej świetności. Śmiało można powiedzieć, że mało kto jest w stanie mu podskoczyć nawet dziś - po 36 latach od ukazania się płyty.

Tak, Commando po blisko czterech dekadach nadal jest wstanie zagrać to ciurkiem, mimo że sam ma na karku ponad 60 lat(sic). To jest wyczyn sam w sobie, Pete od początku do końca dawał z siebie wszystko rażąc z siłą artylerii nuklearnej. Po gigu było widać, jaki to był gargantuiczny wysiłek, który znalazł przełożenie w systematycznym eksterminowaniu niezmordowanych moshujących maniaków. 

Cała sztuka była bezbłędna i obłędna. Nadpobudliwy Brian Werner - wokalista, którego nosiło przez cały koncert. Tylko patrzył na odsłuchy i szacował czy się nie zabije wspinając nań. Wyskakiwał często do fosy bezpośrednio powydzierać się z pierwszym rzędem. Zagrzewał do walki, doskonale zdając sobie sprawę z rangi wydarzenia. Wreszcie zdecydował się na swój popisowy numer, wspiął się ze sceny na balkon poczym plecami do publiczności zeskoczył na publiczność wypełniającą płytę obiektu. Przed skokiem zastanawiał się na głos czy znowu sobie nie połamie żeber. To się nazywa oldschool, pomyśleć że takie akcje były normą na hardcorowych potańcówkach w latach 80. i 90.

Sonicznie była to ścieżka dźwiękowa wyniszczającej potyczki w tropikalnej dżungli, gdzie w gęstych, wilgotnych miazmatach (mało mających wspólnego z powietrzem zdatnym do oddychania) odbywa się bezsens krwawej łaźni na chrupiąco. Uszy zostały spacyfikować od pierwszej sekundy niczym tsunami wielkokalibrowych karabinów maszynowych. W trakcie gigu nosem wyobraźni czuć można było mieszankę przegrzewającej się stali, smarów, potu świeżej i starej krwi, smażonego mięsa, chemicznej, oblepiającej mieszanki napalmową. Obok boga wojny tylko natrętne moskity mogły czuć zadowolenie.

Całości dopełniała pierwszorzędna charakteryzacja, idealnie pasująca do tematyki zespołu kamuflaż jak z filmu Snajper (1993) z Tomem Bereneger'em w roli głównej. 

Zespół nawiązał też do twórczości sprzed pierwszej płyty - mowa o utworach, które pierwotnie znalazły się jeszcze na pierwszej taśmie demo pt. Nightmares (1987) a po dwudziestu latach zostały odkopane i nagrane ponownie na potrzeby drugiej płyty długogrającej. Pokrótce odpalono wszystko to co najlepszego Terrorizer zdążył wydalić na świat. 

Nie można nie wspomnieć o groteskowym halloweenowym wystroju stoisk z merchem - najlepsza była silikonowa stopa z notką informującą o groźbie ucięcia stopy w konsekwencji nie uiszczenia napiwku...

Dla mnie osobiście: ścisła czołówka sztuk na jakich dane mi było być. 



Possessed

Possessione - zgodnie z Rytuałem rzymskim, krańcowe działanie nadzwyczajne - wejście złego ducha w człowieka i zawładnięcie jego ciałem. 

Ogólnie przyjmuje się, że twórczość kalifornijskiej załogi z okresu taśm dem i debiutu to punkt zero w historii death metalu (choć jak wiadomo sukces i tego podgatunku muzyki metalowej posiada nie jednego ojca).

Oprócz odegrania w całości debiutu zahaczono również o pozostałe wydawnictwa. Zaczęli od „The Eyes of Horror" z EPki o takim samym tytule, która domknęła pierwszy okres działalności Possessed. Przypomnę, że Joe Satriani produkował tę małą a jakże treściwą płytkę. Poprawili „Tribulation" z (niedocenionej) Beyond the Gates (1986). Dla porównania zapodano „Demon" z Revelations of Oblivion (2019). Zestawienie starego z „nowym" uwypukla, że ten powrót był sensowny, na pewno nie na siłę i szkoda tylko, że fani musieli aż tak długo na niego czekać. 

To był świetny i jakże reprezentacyjny początek sztuki, następnie wbito 10 gwoździ programu czyli odegranie całego albumu Seven Chuches (1985).

Possessed by evil hell
Satan's wrath will kill
He will take your soul
Cast you to hell

Zagrany w całości album wybrzmiał przewspaniale, na niespełna 40. minut przenieśliśmy się w czasie do połowy lat 80. Possessed zaprezentował wzorcowy metal ekstremalny tamtej epoki. Uchylono wrota pierwotnego, muzycznego piekła. 

Największe emocje wśród publiczności wzbudziły otwierający „The Exorcist" i wieńczący „Death Metal".  Seven Churches (1985) to monolit i słusznie zagrano go ciągiem. Album jak na standardy roku 1985: brutalny i bezkompromisowy. Wczesny, profesjonalnie zarejestrowany death metalowy wyziew.

Można dywagować nad czystością gatunkową i szacować stosunek thrashu do death metal, szufladkować jako death thrash albo brutal thrash metal - to w sumie rzecz drugorzędna, to artefakt muzycznego przewrotu, który sprawił, że metalowy ekstremizm wyważy drzwi do mainstreamu.

Pod koniec pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku to może tracąc prymitywizmem nawet dla miłośników death metalu, który przez te cztery dekady pokazał, że potrafi mieć nie jedno oblicze i zachwycać kolejne pokolenia słuchaczy.

Jak zaczęli - tak skończyli,  na deser zostawiono „Graven" z trójki,  „Seance" z dwójki i fenomenalny „Swinging the Axe" z EPki: The Eyes of Horror (1987) - jak widać esencjonalny set i trudno o lepszy dobór. 

Wokalnie Jeff daje radę, zastanawiałem się czy growlowanie w pozycji siedzącej jest trudniejsze/mniej komfortowe niż na stojąco.

Instrumentaliści to puryści, całokształt brzmiał naturalnie, szczerze i potężnie. Choć nie ma się co oszukiwać, że Terrorizer miał znacznie większą siłę rażenia.

Już wcześniej dane mi było posłuchać na żywca Possessed i mimo, że znałem historię zespołu, dopiero ubiegłoroczny występ w Krakowie w pełni uświadomił mnie, skłaniając do głębszej refleksji, która zaowocowała postawieniem pytania: 

O czym był ten koncert? 

Po totalnej, systemowej anihilacji jaką zgotował Terrorizer wydawało mi się, że nie ma czego zbierać, nonsensem wydała mi się kolejność grających zespołów. Trzeba mieć naprawdę stalowe jaja, żeby wyjść po takim pogromie. A jednak na wózku wyjechał Jeff Becerra, który został godnie przez publiczność przywitany.


Death Metal

Pierwsze demo gwiazdy wieczoru nosi znamienny tytuł Death Metal (1984). Possessed podpatrzył pomysł od Venom: Black Metal (1982) i chłopaki również postanowiły zaznaczyć teren w analogiczny sposób, dając tym samym początek nowego odłamu ekstremy.

W tym samym roku pojawia się teutoński split Death Metal (1984) z tuzami power metalu: Running Wild (przed pirackim metalem grali pierwszofalowy Black Metal) Helloween ale i szwajcarzy z Hellhammer szerszemu gronu się przedstawiają dzięki owemu wydawnictwu.

Mamy wreszcie demo Death, wydane jeszcze pod starym szyldem Mantas: Death by Metal (1984)...Następuje eskalacja wyścigu zbrojeń, kto będzie grał bardziej bezkompromisowo, ciężej, szybciej. 

W 1989r. lider zespołu Jeff Becerra, basista i gardłowy (uznany za pierwszego wokalistę posługującego się growlem) na samym starcie swojego życia i kariery zostaje postrzelony (wielokrotnie) co skutkuje paraliżem od klatki piersiowej w dół. W dużej mierze przez to Possessed jak na 40. letnią historię (z przerwami) posiada dość skromny dorobek fonograficzny - oprócz demówek, raptem trzy płyty i EPka. Zresztą ta trzecia i jak na razie ostatnia płyta powstała po 27. latach „przerwy"... fanom ekstremy historia znana, symbolicznie o tym wspominam.

Z tamtego składu ostał się jeno wspomniany Jeff - ojciec chrzestny śmierć metalu. Od kilkunastu lat towarzyszą mu doświadczeni instrumentaliści, którzy doskonale realizują się w oldschoolowym brzmieniu.  

Now we take over
And rule by Death Metal

W tym całym szaleństwie chodzi o dziedzictwo. Jeff po 40. latach widzi fanów: zarówno oldboyów i sporej dostawy świeżej krwi, która wie po co przyszła na gig. Bynajmniej nie w charakterze zwiedzania gabinetu osobliwości. Do czego przecież aż prosi się sprowadzenie owego wydarzenia, które dla postronnych jawić się może jako groteskowe zjawisko, drącego japę wydziaranego dziadersa na wózku, otoczonego latynoskimi zwierzętami obwieszonymi skórami i łańcuchami.

W rzeczywistości młodzi fani przybyli posłuchać pionierskiej płyty na żywo, będącej mitem założycielskim death metalu,  odegranej zaskakująco wiernie studyjnej archaicznej produkcji. Moją szczególną uwagę zwracały charakterystyczne dla debiutu - z braku lepszego określenia użyję określenia „drewnianego" brzmienia przejść perkusisty. Kto słuchał Seven Churches (1985) ten będzie kojarzył o czym mowa.

Jest coś na rzeczy bo nawiązano do tego brzmienia m.in. w „No More Room in Hell" na Revelations of Oblivion (2019). Swoją drogą odważny krok, płyta bardzo dobra, doceniona przez krytyków, choć niczego nowego nie wnosząca. Liczy się jednak, że zaliczyli godny powrót zarówno na polu studyjnym i przede wszystkim koncertowym. To się udało dzięki niezłomności Jeffa i owocnej współpracy z prawdziwymi pasjonatami starej szkoły. Nazwijcie to żywym skansenem ale w dobie zatrzęsienia kolejnymi i niepotrzebnymi często remaków oryginałów, stanowiących świadectwo danej epoki - dlaczego dla odmiany nie unurzać się w pierwotnym brzmieniu, nawet jeżeli to tylko symulacja - à propos jeszcze remaków, o ironio jeden z gitarzystów: Daniel Gonzales, z inicjatywy braci Cavalera brał udział w odświeżaniu sepulturowych pierwocin. Można dyskutować - a komu to potrzebne? Z drugiej strony takie przedsięwzięcia jasno pokazują, że jest niegasnące zainteresowanie taką muzyką i zapotrzebowanie na kultywowaniu tradycji.

Wpisuje się w to udany powrót Possessed. Pamiętam Mystic Festiwal gdzie po raz pierwszy zobaczyłem Possessed na żywca, wtedy ogrywali głównie premierowy materiał. Teraz szczęśliwie odwrócono proporcje.

Jedno jest pewne death metal mimo, że niszowy podgatunek metalowy wyszedł z podziemia na początku lat 90 i potrafił się relatywnie dobrze sprzedać, stał się zjawiskiem globalnym podbił serca metali na całym świecie. Na jego bazie powstały style i mieszanki, które dobitnie dnia dzisiejszego skutecznie przedłużają termin zdatności do użytku.
Pamiętać należy, że to Possessed podłożył ogień, w którym sami szybko spłonęli.

Błyskawicznie zostali przeskoczeni przez konkurencję i następców. Pionierzy szybko zostali w tyle, ktoś inny spił śmietankę ale miejsce w historii mają zagwarantowane jako ściśli prekursorzy. Zapętlam się w tych truizmach ale staram się oddać rangę wydarzenia, miejsce zespołu w historii, determinację lidera, który mimo wszystko po tylu latach i bezsensownej tragedii jaka go spotkała na samym początku życia, potrafił wrócić i miał dla kogo wrócić, dojrzały kolejne pokolenia słuchaczy na całym świecie którzy chcą słuchać tej muzyki na żywo.

Sztuka zagrana w Krakowie była czystą wspaniałością i na długo zapadnie w mojej pamięci, jako jedno z najważniejszych wydarzeń koncertowych roku 2025. Nie mogę przeboleć absencji Massacre, ale mam nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze i jeszcze będzie szansa posłuchania ich debiutu na żywca.

Zobacz galerię zdjęć:

Ater
Ater Suicidal Angels Possessed
Ignatius
O mnie Ignatius

♤Everything louder than everyone else♤ Entuzjasta hard'n'heavy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura