40 obserwujących
257 notek
505k odsłon
1660 odsłon

Dwa światy. O rzeczach medialnie "ważnych" i naprawdę najważniejszych.

Wykop Skomentuj16

"Życie to nie teatr" brzmi tytuł wiersza Edwarda Stachury (z którego zrobiono także rewelacyjna piosenkę). Przez ostatnie lata media próbowały zrobić z naszego życia arcyponury teatr ciągłej walki, nienawiści, zatargów, afer. Jednak życie wciąż weryfikuje ten obraz. Jedni dostrzegli jego fałsz w dobie pandemii koronawirusa, gdy nagle zmieniły się nagłówki gazet i portali. Inii zauważyli to już dużo wcześniej - zwłaszcza wtedy, gdy prawdziwe życie ze swoim realizmem nagle ich dopadło. Niektórzy być może nigdy nie dostrzegą tej prawdy. 

Są dwa światy. 

1. W świecie medialnym, w zależności od tego którą opcję medialną wybierzemy albo najważniejsza jest "afera Banasia", "afera KNF", "afera dwóch wież" czyli w praktyce: negatywne emocje, negatywne emocje, negatywne emocje... albo też "rekordowo wysoki wzrost gospodarczy", "pierwszy projekt budżetu bez deficytu", "podnoszenie płacy minimalnej 2250 do 4000 PLN" czyli w praktyce: propaganda sukcesu, propaganda sukcesu, propaganda sukcesu... Jeśli ktoś w tym medialnym teatrze (a w zasadzie cyrku) w czasach przed koronawirusem wspominał o zdrowiu lub ochronie zdrowia, to był ten temat wyłącznie maszynka do "kręcenia lodów na prywatyzacji szpitali" lub pałką do okładania przeciwnika np.: "PiS dał dwa miliardy na propagandę, a chorym na raka pokazał środkowy palec"... a gdy przyszła pandemia i w bogatych krajach zachodu dzienna liczba ofiar jest zbliżona do naszej łącznej liczby ofiar (i dotyczy to nie tylko Polski - Czechy, Słowacja, Słowenia, Węgry i Grecja też poszły tą samą drogą i tam również liczba ofiar jest kilkanaście razy niższa niż średnia dla krajów zachodu Europy), to wybory trzeba przełożyć lub zbojkotować, bo narracja się rozsypała i negatywnych emocji nie da się wciskać - "palec Lichockiej", Banaś lub agent Tomek z koronawirusem nie wygrają. 

Jednak wystarczy ciężka choroba dziecka lub innej najbliższej osoby, która walczy o życie powinna mieć całe życie przed sobą, aby nagle okazało się co jest naprawdę ważne: życie, zdrowie, rodzina, miłość, bycie razem... Znalezienie odpowiedniego ośrodka, odpowiedniego lekarza, odpowiedniej terapii, uzbieranie niewyobrażalnej dla większości Polaków sumy kilku milionów złotych na terapię. Każde działanie, każdy dzień, każda chwila, dosłownie wszystko jest podporządkowane jednemu - uratować dziecko.

W Internecie są tysiące zbiórek takich jak ta: https://www.siepomaga.pl/sercewojtusia na ratowanie dwuletniego Synka mojego kolegi z pracy (zachęcam do pomocy - do końca zbiórki zostało 6 dni). Rodzice, przyjaciele, znajomi i znajomi znajomych stanęli na głowie, wrzucali apele o pomoc po kilkanaście - kilkadziesiąt razy dziennie, więc jest szansa, że uda się uzbierać pieniądze na operację w USA. Kiedy nie pamiętając imienia próbuje się wyszukać zbiórkę po nazwisku (lub odwrotnie - wyszukać tylko po imieniu), to liczba takich zbiórek pokazuje, jaką kupą nic nieznaczącego gówna są te wszystkie "afery". 

2. W świecie medialnym waga stanowiska powinna przekładać się z wzajemnością na wysokość zarobków. Duża odpowiedzialność prezesa banku lub CEO korporacji tłumaczy duże sumy wpływające co miesiąc na ich konta. Jak ktoś zarabia za mało, to jest "leniem", "nierobem", "nieukiem", "patologią", jak cieszy się z pomocy państwa, to jest "patologią 500+" itp, itd...

Jednak wystarczy jeden wypadek dziecka, aby nagle najważniejszym stanowiskiem na świecie i osobą od której najwięcej zależy stała się przepracowana i słabo wynagradzana pielęgniarka w wieku przedemerytalnym lub emerytalnym. Dlaczego właśnie ona? Bo 90% wypadków z udziałem dzieci zdarza się właśnie w weekendy, a rekordy biją niedzielne popołudnia - w dużych miastach karetki nie nadążają odjeżdżać spod izby przyjęć, a na cały szpital jest tylko kilku dyżurujących lekarzy o przypadkowych specjalnościach, więc osobą najbardziej kompetentną w udzielaniu pomocy w tym konkretnym przypadku obrażeń jest właśnie ta przepracowana i słabo wynagradzana pielęgniarka, która podobnych ran opatrzyła tysiące. To od niej zależy czy utrata wzroku będzie całkowita czy częściowa, czy dziecku pozostanie bardzo widoczna czy ledwie widoczna blizna, czy będzie niewyobrażalnie cierpiało czy jego ból zostanie uśmierzony a niekiedy nawet czy umrze czy przeżyje. 

Skąd to wiem? Dokładnie 4 lata temu mój Synek Miłosz uległ wypadkowi. To było niedzielne popołudnie 1 maja. Ponieważ Żona była w zaawansowanej ciąży bliźniaczej, więc zostałem z niespełna dwuletnim Miłoszkiem na ponad 3 tygodnie w szpitalu, a nasze okna wychodziły akurat na izbę przyjęć. Co niedziela to samo - rozluźnienie rodziców na koniec wolnego dnia, jakaś buteleczka wyparzana wrzątkiem zbyt blisko zasięgu rąk dziecka, jakaś gorąca kawa lub herbata na stoliku z obrusem, szafka z pustymi słoikami, której drzwiczki nie były zabezpieczone blokadą (lub dziecko nauczyło się otwierać również tę blokadę) niezamknięta brama od podwórka, zbyt słaby chwyt dłoni dziecka, które akurat jeden raz w życiu postanowiło się wyrwać i wybiec na ulicę, dziecko spuszczone ze wzroku na chwilę plus okno bez zabezpieczeń, telefon odebrany w momencie gdy dziecko na rowerku... i pod izbę przyjęć podjeżdża kolejna karetka. A na oddziale nie ma w tej chwili specjalisty od poparzeń, chirurga, okulisty itp... najbardziej kompetentną osobą jest ta pielęgniarka. 

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo