Blog
Peacemaker
Peacemaker
12 obserwujących 153 notki 213830 odsłon
Peacemaker, 2 czerwca 2018 r.

Poważne rozważania o lęku z powodu niepoważnego pożaru wychodka

1681 57 0 A A A

Mimo, że uważam posła Brejzę za jedną z najbardziej obrzydliwych postaci obecnego Sejmu (tak, obrzydliwych, choć do Palikota i Giertycha mu daleko), to nie mam zamiaru naśmiewać się z lęku jaki poczuł po spaleniu toi-toja pod oknami jego mieszkania. Dlaczego? Bo sam doskonale pamiętam z czasów rządu Tuska momenty, kiedy się bałem.

Tak, bałem się. Najbardziej bałem się tej nocy, gdy ABW wkroczyło do siedziby tygodnika „Wprost”. Niszowe, niezależne media (to było juz po zaoraniu dziennika „Rzeczpospolira” i tygodnika „Uważam Rze...”) niewyraźnie, przez okno transmitowały obraz szarpaniny, jaka rozegrała się w redakcji. Dopiero później ukazała się relacja z pokoju, w którym się to wszystko działo. Nie ulegało wątpliwości, że przyzwyczajona do rozpieszczania przez media władza poczuła się nagle osaczona tym niespodziewanym atakiem zbuntowanej redakcji i jest gotowa zrobić wszystko, aby ten atak powstrzymać. Pozostawało tylko pytanie: jak daleko jest gotowa ta władza się posunąć, aby powstrzymać krytyków? Dlatego – mimo, że byłem tylko nic nieznaczącym blogerem, tej nocy opuściłem rolety przeciwwłamaniowe do końca (zawsze opuszczaliśmy je do połowy – by nas tylko sąsiedzi przez balkon nie podglądali – mieszkaliśmy na niskim parterze), sprawdziłem czy zamknąłem drzwi na obydwa zamki (często zamykałem tylko na jeden) i w głowie obmyśliłem plan co zrobić, gdyby przyszli – ciężarna Żona natychmiast zamknie się w łazience (tylko ze względu na Nią i Dziecko się bałem), a mnie niech biorą – zanim wyłamią drzwi do łazienki zdążę im powiedzieć, by nie atakowali ciężarnej Żony. Oczywiście nie przyszli – za mało znaczyłem, abym mógł im cokolwiek zrobić.

Bałem się także w te piątkowe wieczory, kiedy atakował „seryjny samobójca”. Troszkę przestraszyła mnie śmierć Andrzeja Leppera, jeszcze bardziej gen. Sławomira Petelickiego, a najbardziej chor. Remigiusza Musia. Dlaczego najbardziej śmierć tego ostatniego? Bo w żartach przewidziałem ją kilka dni wcześniej. Taki drobiazg, pierdoła. Mieliśmy włamanie do komórki. Prawie nic nie zginęło – jakieś duperele typu: wypaśnie wyglądająca, aluminiowa walizka, w której była tylko stara lutownica i jeszcze starszy miernik uniwersalny do prądu („zestaw ratunkowy instrumentalisty”, który kiedyś zabierałem na wszystkie koncerty, ale od lat już nie koncertuję). Bardziej rozbawiony niż zdenerwowany tym kuriozalnym włamaniem zażartowałem do Żony, że „seryjnemu samobójcy” skończyły się liny, więc włamał się do komórki, w której chowaliśmy liny i żagle na zimę, ale biedak nie wiedział, że łajba jeszcze na wodzie i komórka pusta. No i nagle trach!!! W najbliższy piątek media informują, że chor. Muś został znaleziony powieszony na linie żeglarskiej (sic!) Takiego scenariusza filmu sensacyjnego nie wymyśliłby najlepszy scenarzysta – zawodowiec specjalizujący się w tym gatunku. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że to, co wydaje mi się zbyt absurdalne (i nie tylko mi) aby mówić o tym na poważnie, więc pojawia się w żartach i skojarzeniach w sumie tak bardzo absurdalne nie jest... a w zasadzie to jest faktem. Raczej wątpię, aby włamanie do naszej komórki i wzmianka o linie żeglarskiej były próbą zastraszenia nic nieznaczącego blogera, ale wejście do domu Roberta Frycza (autor strony Antykomor.pl) ewidentnie było. Zrozumiałem, że sieć neuronowa w mojej łepetynie zarejestrowała, że skoro coś się wydarzyło kilka razy (dziwne samobójstwa), więc podświadomie przewidziała, że to pewnie niebawem się powtórzy. Dotarło do mnie, że ja i moja rodzina żyjemy i mamy się dobrze tylko dlatego, że jesteśmy nikim i nic nie możemy tej władzy zrobić. Co im zrobią artykuliki na blogu mające po tysiąc lub kilka tysięcy wejść? Ale gdyby było inaczej? Strach pomyśleć!

Bałem się także w to sobotnie przedpołudnie, kiedy rozbił się Tupolew. Nie dlatego, że myślałem o zamachu (wcale go nie zakładałem... i do tej pory nie przekonuje mnie ta teoria). Ale z tego powodu, że śledząc politykę wielokrotnie widziałem, jak Lech Kaczyński musiał interweniować, aby władza nie zdemolowała całkiem wolności słowa i systemu demokratycznego w Polsce. Choćby do pomysłu ocenzurowania Internetu Donald Tusk wracał z żelazną konsekwencją. Jednak moje obawy sprawdziły się tylko częściowo. Wprawdzie Tuskowi udało się spacyfikować dziennik „Rzeczpospolita” i tygodnik „Uważam Rze...”, ale na ich miejsce powstały dwa tygodniki „W Sieci” i „Do Rzeczy”. Wprawdzie ponownie próbował wprowadzić cenzurę prewencyjną Internetu, ale protesty wokół umowy ACTA pokazały mu, że nawet bez groźby prezydenckiego veta nie będzie to łatwe, a tym bardziej opłacalne. Wprawdzie oprócz „zaprzyjaźnionej telewizji i tej drugiej” (parafraza słów Andrzeja Wajdy z komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego) udało mu się przejąć telewizję publiczną, ale to i tak nie zapewniło jego formacji wiekuistych rządów, bo kampania prezydencka i parlamentarna zostały wygrane przez zwolenników PiS w Internecie – nawet trzy „zaprzyjaźnione” telewizje nie mogły zamilczeć wyśmiewanych w mediach społecznościowych wpadek Bronka i cała propagandowa konstrukcja rozsypała się jak domek z kart.

Opublikowano: 02.06.2018 08:00.
Autor: Peacemaker
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Kontestator  Jeszcze raz linki:...
  • @Kontestator  Jeśli SPAM który BAZUJE NA NAJNIŻSZYCH INSTYNKTACH: ZAZDROŚCI, ZAWIŚCI i...
  • @Kontestator  Panie Kondensator (skoro już trzymamy się ubeckiej formuły przekręcania nazw i...

Tematy w dziale Polityka