Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
82 obserwujących
2374 notki
3031k odsłon
  531   9

Gdyby głupota miała skrzydła ...

"Jak wynika z tegorocznych badań Ogólnopolskiego Rankingu Szkół Przyjaznych LGBTQ+, prawie pół miliona uczniów i uczennic nie może czuć się bezpiecznie w swojej szkole. Badanie społeczne zostało przeprowadzone w dwóch tysiącach placówek, a jego wyniki dają do myślenia. Ponad 90 proc. ankietowanych powiedziało, że zna przynajmniej jedną osobę LGBTQ+ w swojej szkole, ponadto 3/4 uczniów zaznaczyło, że regularnie widuje tęczowe symbole. Jednocześnie 30 proc. ankietowanych stwierdziło, że nie każdy w ich szkole może czuć się bezpiecznie. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że obowiązek szkolny dotyczy prawie półtora miliona uczniów i uczennic, to łatwo wyliczyć, że blisko pół miliona z nich chodzi do szkoły, w której czuje zagrożenie." (link do artykułu na dole)

Po prostu ręce opadają na głupotę, która się wylewa z artykułu.

Po pierwsze - czy badanie przeprowadzono we wszystkich grupach wiekowych? Nie sądzę, by z takimi pytaniami wystartowano do maluchów z zerówki czy z klas 1-3, mamy więc do czynienia ze znacznie mniejszą liczbą uczniów, niż półtora miliona. Po drugie - to, że 30 proc. stwierdziło, że nie każdy może się czuć bezpieczny, oznacza, że 30 proc. nie może czuć się bezpiecznie. Przecież te 30 proc. nie mówiło o sobie, lecz o innych, więc równie dobrze może chodzić np. o 1 proc. lub 2!

A już narzekanie, że mało uczniów bierze udział w "zajęciach szerzących tolerancję", to jakieś kuriozum. Im więcej takich zajęć, im więcej "szerzenia tolerancji", tym MNIEJ BEZPIECZNE SĄ SZKOŁY!

Gdy ja chodziłam do szkoły, też oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że ten Sylwek to dziewczyn nie kocha. Rzecz jasna, często z tego żartowano. Sylwek był spokojnym i nienachalnym chłopcem, więc mimo tych żartów był bardzo lubiany.

Tak - faktycznie było tak, że na żarty był narażony okularnik, grubas, brzydula. Od wychowania, jakie dziecko otrzymało w domu, zależało, jakie to były żarty. Dzieci - to prawda - potrzebują unifikacji, to cecha naturalna.

Inny przykład: liceum mojego męża. Dobre warszawskie liceum z tradycjami. Szkoła, jak chyba wszystkie w tamtych czasach, nie miała udogodnień dla wózków inwalidzkich, a taki chłopiec trafił się w klasie męża. Od pierwszego dnia - bez najmniejszej prośby ze strony ciała pedagogicznego czy rodziców chłopaka - wózek był przez kolegów WNOSZONY po schodach. Nie była żadnej dyskusji, żadnych dyżurów: po prostu każdy, kto był blisko, chwytał za ten wózek. Mąż opowiadał, że po latach, kiedy ktoś go zapytał, jak to się stało, to strasznie się zdziwił: no bo jak to się dzieje, że człowiek oddycha czy chodzi? ... Kolega był szalenie sympatyczny, więc to na pewno pomagało.

Zresztą tak to właśnie działa: okularnik był niezastąpiony, jeśli chodziło o wytłumaczenie czegoś z matematyki czy fizyki, i chętnie pomagał gorszym uczniom (tak to działało w moich czasach - przysięgam!), a brzydula zawsze była w stanie wytłumaczyć zawiłości gramatyki, więc - siłą rzeczy - docinki nie były zbyt dotkliwe ani częste. To była NIEZASTĄPIONA szkoła empatii, radzenia sobie z problemami, przyjmowania porażek z godnością i wyciągania z nich wniosków.

Zresztą - przemoc i brak tolerancji to nie muszą być tożsame i na ogół nie są. To są różne zjawiska, których nie powinno się mylić ani łączyć.

Może by tak wrócić do czasów normalności, zamiast SZERZYĆ TOLERANCJĘ? ....

https://www.onet.pl/styl-zycia/noizz/polskie-dzieci-nie-czuja-sie-bezpiecznie-chodzi-nie-tylko-o-orientacje/bs4h4g7,3796b4dc

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura