109 obserwujących
1605 notek
1186k odsłon
  229   3

#18 post Zbyszka wg Dąbrowskiej: Dno

Podobno dobrze opaść jest na dno. Tak mówią. W ogóle mają sporo fajnych powiedzeń, naukowych, tajemniczych, skrywających głębokie życiowe mądrości. Na przykład, co cię nie pokona, to cię wzmocni. Gówno prawda. Właściwie, nie powinienem używać brzydkich słów. Zawsze mnie upominano. Rzeczywistość musi być czysta, od tych językowych śmieci, a ja powinienem świecić przykładem. Ale... bo ja wiem. Mam wrażenie, że... no wiecie, gdzie to mam.

Post mi się znudził. Bo w kółko to samo. Bo w kółko niesmacznie. O przepraszam, owoc od czasu do czasu w ilościach dekoracyjnych. Poza tym, trzymam obu rękami paszczękę, która gwałtownie odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni gdy przed nią postawię warzywka. Więc... siłujemy się tak. Ja i paszczęka. - Głupia - tłumaczę - jak się obrócisz, to mi kark skręcisz. Ale gówno do niej dociera. Obraca się i jeszcze żołądek jej kibicuje, grożąc, że za moment wszystko wywali na stół, bo następna porcja warzywek, to będzie ten krok za daleko, przekroczenie Rubikonu, desant pod Arnhem.

Więc z obowiązku kronikarskiego, to nic w zasadzie, co to znaczy w zasadzie?, to chyba znaczy fizycznie, znaczy czy ręka mi odpadła albo mam dreszcze na widok szefa partii tej czy tamtej. Panie nie są jeszcze szefowymi. To źle i dobrze. Szef to szef. Niektórzy doznają dreszczy na ich widok. Ja jakoś nie. Działają na mnie tak, jak warzywka, wykręcająco.

No więc nic się fizycznie nie dzieje złego, poza przenikającym mnie niesmakiem. Funkcjonuję w miarę dobrze. Jeść się nie chce. Głowa nie boli. Nie szumi. Nie zamula specjalnie. Jakieś pierepałki ze snem miałem, zupełnie dziwne. Zasnąłem, w zasadzie w dzień jeszcze. Budzę się, środek nocy. Co robić? Podszedłem do okna. Światła. Widoczne na parę kilometrów. Poza tym czerń i ten księżyc. Jakiś taki nie filmowy, nie powieściowy, ani w pełni, ani rogalik. Spojrzałem na zegarek. Co robić? ***** - znów to słowo. Wziąłem wygwiazdkowałem, żeby nie było, że się nie staram jak mogę, choć za cholerę nie potrafię powiedzieć - po co? Po co się starać?

Jeśli chodzi o wagę, bo to jest powód, dla którego po serii kulinarnych orgii biorę się za poszczenie to spadła jak zwykle. Przez 18 dni 7 kg mniej. Dużo i mało. 17 kiedyś schudłem, 70 - nie potrafiłbym, przestałbym istnieć, stałbym się cieniem samego siebie. Chociaż, czy aby z upływem lat ludzie nie stają się cieniami samych siebie? Przynajmniej niektórzy? Może to jest takie spowolnione, ale już widoczne odchodzenie w niebyt? Zawsze to lepsze niż intensyfikacja bycia, wrzaskliwe i coraz bardziej natarczywe istnienie, które miast z wiekiem się odchudzać, tracić na powadze, przeciwnie zupełnie - tężeje, nabrzmiewa, tyka jak bomba atomowa. Tacy ludzie są straszni. Serio mówię. Już wolę tych cienistych, chłodniejszych, cichszych. Czy ja kiedyś odejdę w cień? Tak albo nie. Czy to ma jakieś znaczenie?

Jem dwa posiłki dziennie. Zawsze w zasadzie coś na parze lub gotowane plus surowe. Tak sobie założyłem. Przy czym tego gotowanego nie jest dużo. Tylko bigos mi wchodził, ale to było kilka dni pod koniec pierwszego tygodnia i się skończyło. Dużo go posoliłem i popieprzyłem, to kęs do gęby był jak rozpalone złoto. Jadłem jak nie na poście. Ale ten bigos to była tylko kapucha z czerwonym koncentratem pomidorowym z biedro. No i przyprawy. Było minęło.

Więc po początkowych uniesieniach jakoś tak mi siadło. Nie wiem co. Na ramionach. Na karku. Aż ten sen mi zaburzyło i musiałem w nocy robić głupoty. W nocy łatwiej o głupoty niż za dnia. Nie chodzi wcale o to, że mniej widać, tylko czas jakiś taki bardziej szalony, mniej ułożony. Więc robiłem. Potem znów zasnąłem. Teraz żyję. A to coś siedzi mi na klatce piersiowej chyba. Nawet czasem się odzywa i coś pierdzieli. Nie słucham tego.

Rano się wkurzyłem i pojechałem. A co mi tam. Wszystko i tak do kitu. Post do kitu. Dzień do kitu. Do kitu, do kitu. Bo nie może być do kitu. Bo w życiu jest głęboki sens i trzeba być radosnym. Serio. Taki mus. A jak nie, to do kitu. Ty, który się nie radujesz. Przynajmniej wziąłbyś się za coś ważnego. Ten temat, no wiesz, co tam teraz jest ważne. Wojna. O... wojna. Te samoloty, trupy, ofiary, wybuchy. Dużo wybuchów. Ludzkie tragedie. No to się zajmowałem, jak umiałem. Bo serce mam i ludzi szkoda. I ten zły. I wsiadłem na rower. Żeby wyjechać. W końcu ze wszystkiego. Więc kit na całego. Raz, dwa, raz, dwa, pedały. Pewnie jakaś sztuczna inteligencja skasuje ten tekst za słowa.

Na drodze spotkałem żabę. Potem drugą, trzecią. Niektóre na barana czy... sam nie wiem. Jedna siedziała na drugiej i kic, kic, po ścieżce rowerowej. Czekać bocianów. Zrobią porządek. Żaby polują na owady. Bociany polują na żaby. Na bociany... też tam ktoś chyba poluje. W ogóle, przyroda, życie, to taki system, gdzie wciąż ktoś, kogoś zjada. My polujemy na zwierzęta. Władza poluje na nas. Takie koło natury.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości