13 obserwujących
236 notek
41k odsłon
  38   0

Na koniec ziemi

Na koniec ziemi – tej ziemi

Najwyższy czas powrócić za dalekie morza
Skąd przybyłem (przybyłeś) na fali płodowych odpływów
Z pępowiną jak perła ścięta błyskiem noża
Krojczych ludzkiego mięsa cechowych rzeźników
Gdy w oświęcimskiej łaźni pełnej podłych skrybów
Ukrywałem się w stosach butów i grzebyków

Niech przyjdą morskie fale ulżyć memu (twemu) ciału
Spalone żądzą okopcone rdzawą
Sadzą nieczułe palce, oczy pełne kału
Wody wołają spragnione istnienia
W wędzarni świata z kurwą nędzą krwawą
Spuśćcie niebiosa rosę ukojenia

Obwisłe członki powrócą w solance
Do swej sztywności w rozkosznym myzianiu
Trubadurów po krzyżach mistycznej kochance
Wstrząsanych w lędźwiach boskim  interwałem
W pałacu  Bazylissy złotym Teofenu
i konają z miłości trupy doskonałe

Płynąłem ku macicom przez wodne połacie  
Z delfinami i rybą; była mi kochanką
Miałem skrzela i płetwy w błękitnej poświacie
Chciałem zostać człowiekiem a zostałem wiłłem
Biłem żony i dzieci traciłem skrobanką
Kradłem biedne staruszki, aż się pogubiłem

Zapomniałem (zapomniałeś), że moim ojcem był Odys z Itaki
Wziął głupią Penelopę z kawałkiem ugoru
Płodził z nią różne koszmarne pokraki
Z inkluzami odczyniał fatalne uroki
Urodziły mu synów wojny i pomoru
I mnie, chorego bękarta epoki

Przed pijanym bandytą musiałem (musiałeś) uciekać
Żeby mnie sąsiad nie zarżnął jak świnię
Nędzę w ukryciu musiałem (musiałeś) przyklepać
Przeżyłem (przeżyłeś) horror Auschwitzu na raty
Czekając co dzień na czarną godzinę
Dawkowaną przez urząd i bankowe spłaty

Dni pełne trwogi, jeszcze gorsze noce
Z zapaleniem osierdzia, z wezwaniem sądowym
Do wrót piekielnych szedłem (szedłeś) z chorobą sierocą
Wyznając grzechy do szafy dębowej
O mych przestępstwach i gównie domowym
W konfesjonale hucpy honorowej

Na moją (swoją) nędzę nie mam (masz) suplikacji
Czas tępym pługiem na mej (twej) twarzy orze
Głębokie bruzdy ślady dyfamacji
Wyługuje w postaci sycącego miodu
Zabiorę (zabierzesz) krzywdy za dalekie morze
Gdzie mi zmarszczki wygładzi kilka kropel jodu

Tam już tylko bez przerwy będą wiatry wiały
Niecąc wspomnienia o twarzach meduzy
I dzieci z wiatru uczepionych skały
Będą zawodzić nenie niespełnienia
W ciemnej otchłani  jak rakowe guzy
Soteriologii podłego sumienia

Gdy wysiądę (wysiądziesz) na dworcu widmowe okręty
Będą się kiwać od mrocznego szkwału
Charon bez twarzy moje (twoje) stare sprzęty
Wrzuci do dołu na gnijącą kupę
A mnie wraz z nimi gdzie zgniję pomału
I tylko genitalia weźmie na szalupę

Nic już nie ma przede mną (przed tobą) prócz bezmiaru wody
Złudy istnienia cieknącej przez palce
Tyle wystarczy żeby obmyć wrzody
Lewiatany brodate z syrenami godzić
Nakarmić glonem podziemne padalce
I grudką soli antypody słodzić

Te roboty Syzyfa spełniam (spełniasz) bez szemrania
Na złudę życia jętki jednodniówki
Jestem (jesteś) tu po to jak dupa od srania
Wszystko co zrodzę (zrodzisz) stanie się ułomne
Bo kołek w dziurze zawsze jest za krótki
Muszę (musisz) się zgodzić i wszystko zapomnieć

Spłukać z siebie wspomnienia hipisowskich orgii
Drzwi do rozkoszy piekielnych zatrzasnąć
Co się przyśniły kurwiarzowi Borgii
Dziewkom służebnym zazdrosnych erynii
Tętnice szyjną jataganem chlasnąć
I spłynąć w nieskończoność boskiej eutymii

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura