rafalsroczynski
Woda, której dotykasz w rzece, jest ostatkiem tej, która przeszła, i początkiem tej, która przyjdzie; tak samo teraźniejszość. Leonardo Da Vinci
21 obserwujących
25 notek
84k odsłony
613 odsłon

Katolik Hitler, czyli fałszywy miecz lewicy.

Wykop Skomentuj17


Przybyli z kosmosu, rzucając złowieszczy, morderczy cień na świat cały. Ich pochodzenia nie znał nikt, pojawili się nagle, gdy kontynent po I wojnie światowej wciąż jeszcze lizał rany. Na ich czele stał, ubrany w szykowny mundur, komicznie wyglądający facet z dziwnym wąsem, w żołnierskim kapeluszu przykrywającym zaczesane na bok włosy. Kosmiczni przybysze Ci, zdobywszy pół Europy, odepchnięci zostali tylko dzięki wspólnej mocy połączonych sił reszty planety - bohaterskim Amerykanom, Rosjanom, Francuzom, Anglikom i oczywiście - Niemcom. Po swojej klęsce, plemię to wyginęło, tak samo szybko jak i się pojawiło, niedobitki zaś jego czmychnęły we wszechświatową przestrzeń, choć nie wszystkie - niektórzy z nich ukryli się w różnorakich krajach  - najwięcej zaś w pewnym, leżącym w centralnym punkcie europejskiego kontynentu, państwie o dwubarwnej fladze, gdzie mieszkańcy byli im szczególnie przychylni, za wspólna do jednego z ziemskich plemion - nienawiść, chętnie wspomagający budowę obozów, gdzie kosmici przeprowadzali ohydne eksperymenty, mordując przy tym niezliczoną ilość ziemian.

Upłynęło wiele lat, lecz pomimo tego, dumny naród flagi dwubarwnej, wciąż kultywuje wodza z innej planety (albo przestrzeni, któż to wie), co skrzętnie wykorzystał pewien niewysoki mężczyzna z siwą grzywką. Znając zachłanność mieszkańców owej krainy, podstępnie wydarł on władzę siłom dobra, reprezentowanym przez męża stanu o imieniu komiksowego bohatera, obiecując im pięćset czołgów na pięćset lecie, dzięki czemu będą mogli oni ruszyć, gdy przyjdzie już na to czas, na powrót swemu prawdziwemu wodzowi i ponownie podbić świat.

Nie będzie jednak to zadanie łatwe, albowiem na ich drodze stoją owe, osławione siły oświecenia i prawdy, dzielnie broniące na barykadach zbudowanych ze stołków i krzeseł, na któryś niegdyś zasiadali, demokracji i ustawy zasadniczej, ostatnich bastionów państwa dobra. Z pieśnią na ustach, giną oni bohatersko w koszulkach z napisem "Konstytucja", na "śmierć idąc po kolei, jak kamienie rzucone przez Boga na szaniec", podczas walki z polskimi faszystami, nazistami (aj, jak zwał tak zwał, w końcu jedno i to samo, co nie?), wyznawcami niejakiego Adolfa Hitlera.

Choć koszuli nie mam brunatnej, nie ma to znaczenia, gdyż jak napisał zaprzyjaźniony z Gazeta Wyborczą, poeta(?) Ryszard Krynicki, "Faszyści znowu zmieniają koszule. Czarne koszule zmieniają na białe godziny,", toteż nie muszę przybierać owego odzienia by faszystą być (cóż za ulga! Nie znoszę brunatnego, choć lubię czarne (ach ten Mussolini! ) ). 

Z wyrazem tym, odmienianym przez wszystkie formy, spotykam się w swoich (i nie tylko swoich) dyskusjach nader często, najczęściej wówczas gdy adwersarzowi jednej ze stron kończą się argumenty. Gdy nie ma się już żadnego asa w rękawie, pozostaje jeszcze to ostatnie wyjście ewakuacyjne - obrazić dyskutanta, nazwać go faszystą, czasem nawet nazistą, po czym uciąć rozmowę, twierdząc że z miłośnikami Hitlera czy "łysego Włocha", się nie powinno wdawać w polemikę. 

Powszechnie wiadomym jest, że każdy zwolennik prawicy, a za takiego się uważam - jest zwolennikiem Pana z wąsikiem - czy to wyraźniejszym, czy mniej. Tak przynajmniej to wygląda w oczach lewicy, która nie ma zielonego pojęcia na temat historii i prawdziwych korzeni, oraz przekonań Hitlera. Można tutaj posłużyć się doskonałym przykładem wiersza, którego z lubością używają, aby przestrzegać przed "zagrożeniem", jakie niesie dziś ze sobą według nich, władza prawicy.


"Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,

nie byłem komunistą.

Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,

nie byłem socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,

nie byłem związkowcem.

Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,

nie byłem Żydem.

Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować."


Autor powyższego wiersza, Martin Niemoller, był luterańskim pastorem i człowiekiem głęboko wierzącym w Boga, ale także przy tym postacią skrajnie niejednoznaczną, musielibyśmy jednakże tutaj wniknąć w tę historię głębiej, a ciekawa może być ona jedynie dla historyka, niekoniecznie taką będąc dla czytelnika. Przed wojną prezentował poglądy zagorzale antysemickie, zaś w 1933 roku wyrażał radość z "wprowadzenia ustroju wodzowskiego", odnosząc się z zaciekawieniem także do nazistowskiej koncepcji "pozytywnego chrześcijaństwa", która była istnym lepem na protestanckich "pozytywnych idiotów" i sprzedawczyków.


Wyjaśnijmy pokrótce czym było "pozytywne chrześcijaństwo" - "Niemieccy Chrześcijanie", zostali założeni 9 września 1932 roku, przez berlińskiego pastora, Joachima Hossenfeldera, fanatycznego nazistę, od 1929 roku członka NSDAP. Ten ogólnoniemiecki ruch, propagował nadrzędność niemieckiego nacjonalizmu i rasizmu nad wiarą, odrzucając całkowicie boskość Jezusa, odcinając się od Starego Testamentu, oraz modyfikując Nowy na swoje własne potrzeby, do tego całkowicie oczyszczając chrześcijaństwo z "żydowskich naleciałości". Z czasem ów ruch, do którego należały tysiące pastorów, począł rozpadać się i powolnie przechodzić na stanowisko, iż należy powrócić do religii przedchrześcijańskich i całkowicie zanegować wiarę w Chrystusa.  

Wykop Skomentuj17
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura