Dzieci umierają na covid. Liczba wszystkich przypadków u dzieci jest niedoszacowana

Unsplash/CDC
Unsplash/CDC
Wśród dzieci i młodzieży liczba zakażeń covidem może być niedoszacowana wręcz dramatycznie – stwierdził w rozmowie z PAP prof. Ernest Kuchar z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologii. Namawia do używania pulsoksymetru, bo lepiej pozwala on ocenić ciężkość zakażenia.

W szpitalach coraz częściej przebywają dzieci z ciężką postacią COVID-19, są nawet pojedyncze przypadki zgonów. Co się zmieniło?

Prof. Ernest Kuchar: Na razie brak przesłanek, by podejrzewać, że wirus się zmienił - nie mamy takich danych. Nadal ponad 90 proc. zachorowań wywołuje u nas wariant Delta. Wśród dzieci jest zauważalnie więcej zachorowań na COVID-19, ale jedynie niewielki odsetek trafia do szpitala. W czwartej fali zachorowania wyraźnie przeniosły się na dzieci oraz młodych dorosłych i nie ma w tym nic zaskakującego. Podobnie było w innych krajach. W Izraelu, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych obserwowano to samo zjawisko.

Z czego to wynika?

Z tego, że te młodsza populacja w znacznej części jeszcze nie chorowała, nie jest szczepiona i pozostała wrażliwa na zakażenie koronawirusem. Osoby starsze i w wieku produkcyjnym w znacznym odsetku już przechorowały COVID-19 lub zostały zaszczepione, wirusowi pozostała zatem młodsza populacja. Dzieci były wcześniej przez nas chronione, pozostawały w domach, a szkoły i przedszkola były zamknięte, zatem dotąd rzadko chorowały.

Wariant Delta wydaje się być bardziej zaraźliwy.

Tak, znacznie bardziej niż poprzedni wariant alfa. Na dodatek szkoły i przedszkola są otwarte - nic zatem dziwnego, że dzieci zarażają się nagminnie. I z tego tylko względu, przy tym samym odsetku powikłań więcej z nich trafia do szpitala. U nas tak wielu pacjentów jeszcze nie było. Nie musi to jednak świadczyć o tym, że wirus jest bardziej zjadliwy, po prostu więcej dzieci choruje. Odsetek powikłań w tej grupie pozostaje taki sam.

Zakażeń jest więcej, niż wskazują na to oficjalne dane?

Tak sądzę. Moim zdaniem liczba zakażeń SARS-CoV-2 wśród dzieci i młodzieży jest wręcz dramatycznie niedoszacowana. W przychodniach podstawowej opieki zdrowotnej zazwyczaj nie ma możliwości testowania, kiedy dziecko przychodzi na przykład z objawami przeziębieniowymi lub tylko z gorączką. Dzieci, które hospitalizujemy, (początkowo - PAP) rzadko kiedy były podejrzewane o COVID-19, leczono je z powodu kataru i przeziębienia lub zapalenia płuc. Dopiero jak nie było poprawy i przebieg choroby okazał się cięższy niż oczekiwano, zrobiono test na SARS-CoV-2 i dziecko trafiło do szpitala, albo test wykonaliśmy dopiero w szpitalu. Gdy stan dziecka się poprawia, nikt testu już nie robi.

Na co rodzice powinni zwrócić uwagę?

Trzeba pamiętać, że to zakażenie może przebiegać jak zwykła infekcja dróg oddechowych, a czasem przewodu pokarmowego. To nie jest tak, że jak nie ma gorączki, to na pewno nie ma Covidu. To bzdura. Dzieci na ogół chorują łagodnie - i całe szczęście, ale niektóre z nich mogą chorować równie ciężko jak dorośli. Są dwie główne grupy pacjentów. Jedna to niemowlęta, drugą tworzą nastolatki od 12. roku życia, zwykle z otyłością, a zatem z klasycznym czynnikiem ryzyka.

Na wszelki wypadek lepiej wykonać test w kierunku COVID-19, nawet jak nie ma aż tak bardzo niepokojących objawów?

W obecnej sytuacji epidemicznej każdy objaw ze strony układu oddechowego może sugerować COVID-19. Wcale nie musi być upośledzenia węchu, zresztą niemowlak i małe dziecko o tym nie powie. Poza tym wirus Delta rzadziej powoduje zaburzenia węchowe niż wcześniejsze warianty.

Zwlekanie rodziców powoduje, że dzieci i nastolatki częściej trafiają do szpitala w cięższych stanach?

Po części tak, ale to normalne, tak zawsze było. Nie możemy przecież popaść w drugą skrajność i wysyłać do szpitala każde dziecko z katarem. Trzeba zachować w tym wszystkim zdrowy rozsadek. Decydujące znaczenie ma wywiad obciążony czynnikami ryzyka ciężkiego przebiegu COVID-19, a z badań możliwych do wykonania w domu raczej saturacja tlenem, niż temperatura ciała. Bo dziecko może przechodzić COVID-19 łagodnie i nawet wysoko nie gorączkuje, ma jednak zajęte płuca, w RTG płuc wychodzi mleczna szyba, a saturacja ledwie przekracza 80 proc. Namawiam do szerszego używania pulsoksymetrów.

Jak można w szczycie kolejnej fali ograniczyć liczbę zakażeń wśród dzieci?

Gdy jest wiele zachorowań w szkole, to zastanowiłbym się, czy w ogóle posyłać tam dziecko, czy to ma sens. Wprawdzie w USA wykazano, że przy zachowaniu odpowiednich zasad bezpieczeństwa w szkołach nie dochodzi do istotnego wzrostu zachorowań. Obojętnie, czy szkoły były zamknięte czy nie, to chorował zbliżony odsetek uczniów. Warunki w polskich szkołach nie przystają jednak do amerykańskich. W badaniach, o których wspominam, było kohortowanie, czyli uczniowie tej samej klasie mieli kontakt tylko ze sobą i zajmował się nimi jeden nauczyciel. Poza tym w amerykańskiej szkole mogą pracować tylko nauczyciele zaszczepieni. A u nas takiego warunku nie ma. Ważne jest śledzenie kontaktów. Jeśli dojdzie do zachorowania - wówczas wszyscy, którzy stykali się z chorym dzieckiem powinni podlegać kwarantannie.

Lubię to! Skomentuj26 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości