35 obserwujących
641 notek
743k odsłony
  799   1

Słów parę o Japońskiej popkulturze na przykładzie Dr. Stone

Klawiatura naprawiona, to można wrócić do pisania. Na szczęście dla Was, tym razem nie o klimacie i środowisku, tylko o japońskiej popkulturze. Chociaż i te tematy delikatnie przy okazji poruszę. Daleko mi do "otaku" (silnie uzależniony maniak anime i mang, znaczenie raczej pejoratywne), jednak za umiarkowanego fana tego rodzaju sztuki mogę się chyba uznać i co nieco napisać. "Na poważnie" przygodę z anime rozpocząłem jakoś około 2014 tego roku, od świetnej pozycji "Parasite" ("Pasożyt"), o której zresztą wspomniałem w notce. Parasite tak bardzo mi się spodobał, że zacząłem szukać innych, podobnych pozycji. I tu "wpłynąłem na bezkresne stepy" :) japońskiej popkultury anime. Jest to ocean możliwości, dla każdego: i seriale "kawaii" ("słitaśne") dla dziewczynek, przez"mordobicia" dla młodzieży do poważnych propozycji dla dorosłych - w tym i anime porno, czyli hentai  ("zbok" - w Japonii tego terminu raczej się nie używa), i roricon ( od "loli complex"). Japończycy jakoś też nie mają - z tego co się orientuje - żadnych problemów z LGBT, więc na rynku i w telewizji są też serie dla homoseksualnych.

image

Nikogo to nie dziwi i nie razi, w tym - o ironio! - konserwatywnym i tradycjonalistycznym społeczeństwie. Zresztą temat rzeka, którego raczej jako tylko fan japoni poruszać nie powinienem, dość powiedzieć jednak, że to kraj kontrastów, którego nie da się opisać. Chyba jeszcze do niedawna w księgarniach legalnie można było tam kupić "komiksy" z rysowanymi, ultrarealistycznie, nagimi dziewczynkami... a jednocześnie, widok owłosionych genitaliów był zakazany. Przynajmniej tak czytałem, pod naciskiem opinii światowej całkiem niedawno zostało to zakazane. Jest to więc kraj i ultranowoczesny, liberalny (przynajmniej w Tokio) i ultrakonserwatywny. Różnic kulturowych jest po prostu zbyt dużo i widać je nawet w anime.Czy moja fascynacja Japonią jest bezkrytyczna? Absolutnie nie. Wiem i pamiętam, co robili w Indochinach i Korei podczas II Wojny Światowej. Co ciekawe, dla starszego pokolenia jest to temat tabu, niepatriotyczny. Młodzi zaczynają już o tym coraz śmielej mówić i zawierać w swojej twórczości artystycznej.

Mnie najbardziej w anime urzeka na przykład styl walk i rozmów z przeciwnikiem. Zawsze musi być i szacunek do wroga i jego wyszydzanie i głośne wypowiadanie nazw wyprowadzanych ataków. Coś, czego u nas, w zachodniej popkulturze się nie zobaczy. Jest to tak inne, czasem groteskowe, nonsensowne, że... chce się tego więcej. Wracając jednak do anime, to chciałbym krótko wspomnieć o ostatniej pozycji, która wybiła się nie tylko w Japonii, ale na całym świecie. "Dr. Stone" "ryje czachę" jak mówi jeden z bohaterów. Fabuła jest bardzo oryginalna, nie twierdzę, że nikt na to wcześniej nie wpadł, gdyż w dzisiejszych czasach trudno wymyślić coś absolutnie świeżego, czego nikt wcześniej nie wynalazł (stąd np. techno przeróbki Mozarta i Vivaldiego - rzecz gustu, dla mnie i Mozart i techno Mozart są dobre).

Jest jednak spore prawdopodobieństwo, że twórcom Dr. Stone udało się wpaść na pomysł nowy, świeży i oryginalny. W skrócie: pewnego dnia cała ludzkość zostaje przemieniona w kamień. Po kilku tysiącach lat uwalnia się pewien uczeń liceum. Budzi się w świecie nowym i obcym jak z innej planety: przez te kilka tysięcy lat cała nasza techno cywilizacja przemieniła się w pył. Uczeń ten - Senkuu - musi więc przede wszystkim przetrwać w obcym, nieprzyjaznym świecie, co już byłoby niezłym motywem przewodnim, jednak twórcy poszli w zupełnie inną ścieżkę - lepszą! Otóż Senkuu jest geniuszem nauki, szybko więc podejmuje się kroczek po kroczku, odbudować cywilizację! I to jest właśnie w tej serii najlepsze: pokazanie ile zawdzięczamy obecnie nauce, jak mali bez technologii jesteśmy i jak na co dzień o niej zapominamy i jej nie doceniamy. Senkuu, korzystając ze swojej ogromnej wiedzy, krok po kroku, od wytworzenia ognia, ulepienia garnków, budowy szałasu, pokonuje liczne przeciwności losu, przekonuje do siebie lokalsów (spojler: później wyjaśnione jest, że lokalsi to potomkowie kosmonautów, którzy po katastrofie niszczącej cywilizacje wrócili z ISS), wykorzystuje ich do odtworzenia cywilizacji i wygrywa wojny - bez ani jednej ofiary. Udaje mu się to dzięki ogromnej wiedzy: wie jak działają dźwignie, koła zębate, potrafi wytworzyć proch strzelniczy, nawóz i mydło ze skorupek ślimaków, zna minerały i wie, gdzie ich szukać. Wszystko to jest oczywiście wyjaśniane: co, z czego i dlaczego, ale nie łopatologicznie, ale w sposób atrakcyjny. I jest to często wiedza na poziomie studiów co najmniej.

Zaintrygowany tymi wszystkimi naukowymi wstawkami, które są niezbędne dla popchnięcia fabuły, postanowiłem sprawdzić poziom merytoryczny serii. I może nie powinno mnie to dziwić, jednak byłem zaskoczony, ile w sieci jest analiz odcinków dr. Stone'a robionych przez lekarzy, fizyków, inżynierów! Spędziłem trochę czasu na obejrzenie tych analiz, oczywiście nie jestem ani medykiem, ani fizykiem, ani inżynierem, więc nie potrafię w stu procentach zweryfikować tego merytorycznie, jednak z tego co widziałem, to ani lekarze, ani fizycy nie mają do Dr. Stone'a merytorycznych zastrzeżeń a to już coś mówi o wysokim poziomie tej produkcji. Jedynie jeden inżynier trochę kręcił nosem, czepiając się (spojler) "czołgu" Senku, wyprodukowanego z bambusa i drewna, z prostym silnikiem (chyba) jednotłokowym i pancerzem z papieru nasączonego naturalną żywicą. Jednak gdy w komentarzach mu wyjaśniono, że ten czołg miał być z założenia jednorazowy i służyć tylko do zastraszenia przeciwników, to stwierdził, że ma to dużo inżynieryjnego sensu:

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura