Od kilku miesięcy rozmawiam na temat umowy z UE – MERCOSUR z osobami z rządu, koalicji, ale też lobbystami z branży rolniczej. Od żadnego z nich nie usłyszałem, że Polska jest przeciwko umowie z krajami MERCOSUR. Wszyscy są za. Wszyscy – jeśli mówią na offie. Narracja zmienia się w momencie, kiedy trzeba coś powiedzieć oficjalnie. Wtedy okazuje się, że rząd jest przeciwko, koalicja jest przeciw, rolnicy nie chcą tej umowy. I tylko organizacje pracodawców od samego początku stoją niezmiernie na tym samym stanowisku i jasno mówią, że umowę należy podpisać. Obserwując z boku to co się dzieje z umową z MERCOSUR można to porównać do gry w pokera, gdzie wszyscy blefują, bo chcą wygrać rozgrywkę. Tak, jak w pokerze, gra idzie o duże pieniądze. Tylko nikt z siedzących przy stole nie ma kart.
Pierwszy gniew
Zacznijmy jednak do początku. Negocjowana od ponad 20 lat umowa z krajami MERCOSUR przez długi czas nie budziła większych emocji. Eurokraci latali za Atlantyk coś negocjowali wracali do Brukseli. I tak przez kolejne lata trwały wyprawy w jedną i w drugą stronę. Umowa bardziej była domeną dyplomatów i lobbystów niż zwykłych ludzi. Pierwszy zapłon nastąpił w 2019 roku. Wtedy to Komisja Europejska ogłosiła, że „polityczne porozumienie”. I wtedy się zaczęło. Rolnicy w Francji, Irlandia czy Polska złapali się za głowę: tania wołowina, drób, soja z Ameryki Południowej kontra europejskie normy, koszty, Zielony Ład. Dziś mało kto już pamięta, ale gabinet Mateusza Morawieckiego nie był przeciwko tej umowie. Ówczesny minister Spraw Zagranicznych Jacek Czeputowicz mówił wprost, że Polska jest za podpisaniem tego porozumienia handlowego.
Gniew i niezadowolenie rolników wygasiła jednak pandemia. Na dwa lata Unia musiała zająć się COVID-19. Umowa z MERCOSUR zeszła na boczny tor. Z kolei w lutym 2022 roku wojska Władimira Putina najechały Ukrainę. I tak zamiast umową z MERCOSUR eurokraci zajęli się gaszeniem pożarów wywołanym dwoma wirusami ze wschodu – COVID-19 i Putinem.
Ale kiedy w 2023 roku sytuacja zaczęła w miarę wracać do normy w Brukseli zdali sobie sprawę, że muszą, jak najszybciej wrócić do dokończenia niedokończonej sprawy związanej z MERCOSUR. Tym bardziej że umowa stawała się dla Unii koniecznością. Bruksela postanowiła przyspieszyć prowadzone rozmowy.
Wrócono do niedokończonych spraw z 2019 roku. Wtedy by uspokoić krytykę Komisja Europejska dorzuciła do negocjowanej umowy MERCOSUR tzw. protokół środowiskowy.
Fikcyjny protokół
Protokół środowiskowy to dodatkowy dokument, który miał być odpowiedzią na zarzuty, że Unia z jednej strony narzuca własnym rolnikom coraz ostrzejsze normy środowiskowe, a z drugiej otwiera rynek na produkty wytwarzane przy znacznie luźniejszych zasadach. W założeniu dokument zawiera zobowiązania krajów MERCOSUR-u do walki z wylesianiem, przestrzegania porozumienia paryskiego oraz deklaracje dotyczące zrównoważonego rolnictwa. Problem w tym, że są to głównie zapisy miękkie. Protokół nie przewiduje automatycznych sankcji, nie daje Unii realnych narzędzi do blokowania importu w przypadku łamania zasad i opiera się na dialogu, konsultacjach oraz raportach.
Krytycy twierdzą, że dokument nie wyrównuje kosztów produkcji między rolnikami w UE a producentami z Ameryki Południowej i nie chroni europejskiego rynku rolnego. Z kolei państwa MERCOSUR uważają protokół za próbę narzucania im europejskich standardów pod przykrywką handlu. Efekt jest taki, że protokół nie uspokoił ani rolników, ani ekologów, a sama umowa pozostała politycznie toksyczna.
Legenda Wojciechowskiego
W okresie największych awantur związanych z umową z MERCOSUR komisarzem ds. rolnictwa był Janusz Wojciechowski. Dziś bywa atakowany przez środowiska związane z KO i PSL, że nie blokował tej umowy. Wokół jego osoby narosło sporo legend. Prawda często miesza się z fałszem. A Zielony Ład z MERCOSURM. Wojciechowski, jako komisarz ds. rolnictwa nie mógł de facto nic zrobić w sprawie porozumienia handlowego z krajami Ameryki Południowej. Nie mógł, bo to nie była jego kompetencja. Sprawy związane z rolnictwem zostały zamknięte w negocjacjach na długo nim Wojciechowski rozgościł się na brukselskich salonach.
Komisarz ds. rolnictwa nie był w stanie zablokować umowy UE–MERCOSUR, bo po prostu nie miał takich kompetencji. Negocjacje handlowe prowadziła Komisja Europejska jako całość, a realnym gospodarzem rozmów był komisarz ds. handlu. Rolnictwo wbrew pozorom i głoszonym dziś opowieściom nigdy nie było główną osię tego porozumienia. Poświęcony jest mu tylko jeden z rozdziałów umowy, a rolnictwo nie było nigdy osię decyzyjną.
Kluczowy moment nastąpił w czerwcu 2019 roku, gdy ogłoszono tzw. polityczne porozumienie z MERCOSUR-em. Wtedy zamknięto negocjacyjnie kwestie dostępu do rynku, w tym rolnictwo: kontyngenty na wołowinę, drób, cukier czy etanol. Od tego momentu te elementy były de facto „zaklepane”. Późniejsze dyskusje dotyczyły już tylko dodatków, takich jak protokół środowiskowy, a nie cofania ustaleń handlowych. Janusz Wojciechowski został komisarzem ds. rolnictwa 1 grudnia 2019 roku. Przyszedł niejako na gotowe. Wynegocjowane kwestie związane z rolnictwem dostał w spadku po poprzednikach.
Wojciechowski mógł tylko już krytykować umowę, apelować o zabezpieczenia dla rolników i podnosić problem nierównych standardów. I na tym się skupił. Nie mógł jednak cofnąć decyzji podjętych wcześniej ani otworzyć ponownie zamkniętego rozdziału rolniczego. W unijnym procesie negocjacyjnym to państwa członkowskie i większość w Komisji decydują o kierunku, a pojedynczy komisarz, nawet odpowiedzialny za rolnictwo, nie ma prawa weta.
Unia wraca do rozmów
Umowa UE–MERCOSUR wróciła na agendę w 2023 roku. Stało się tak nie dlatego, że nagle ją „odkryto”, ale dlatego, że zmienił się kontekst polityczny. Dla Komisji Europejskiej otworzyło się nowe okno. Przede wszystkim zmieniła się sytuacja w Ameryce Południowej. W Brazylii do władzy wrócił Luiz Inácio Lula da Silva, co w Brukseli odebrano jako szansę na „nowe otwarcie” po latach napięć związanych z Amazonią. MERCOSUR przestał być politycznie toksyczny i znów dało się go sprzedawać jako projekt zgodny z agendą klimatyczną. Po drugie, Unia zaczęła inaczej patrzeć na handel po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Europa boleśnie uświadomiła sobie skalę zależności od Rosji i Chin. W tej logice Ameryka Południowa zaczęła być postrzegana jako alternatywne źródło surowców, żywności i wpływów politycznych. MERCOSUR wrócił więc nie jako umowa o cłach, ale jako element geopolityki i „strategicznej autonomii”.
Unia wchodzi na na obce boisko
To, co Unia widziała jako szansę dla siebie, inni widzieli jako realne zagrożenie dla swoich celów. Umowa z MERCOUR od samego początku była nie na rękę Moskwie, Waszyngtonowi i Pekinowi. Wielka trójka wilkiem patrzy na poczynania Brukseli. Unia wchodzi bowiem na obce boisko i chce na nim grać w piłkę. Dla Chin region ten stał się w ostatniej dekadzie kluczowym zapleczem surowcowym i politycznym. Pekin kupuje tam ogromne ilości soi, rudy żelaza i ropy. Państwo Środka finansuje infrastrukturę i wiąże rządy długoterminowymi kontraktami. Wejście Unii Europejskiej z dużą, kompleksową umową oznacza dla Chin konkurencję o rynek i osłabienie modelu zależności opartego na kapitale i surowcach.
Stany Zjednoczone patrzą na MERCOSUR z innej perspektywy, ale z podobną nieufnością. Ameryka Łacińska to tradycyjna strefa wpływów Waszyngtonu, a każda próba jej dywersyfikacji jest odbierana jako uszczuplenie amerykańskiej pozycji. Umowa z UE daje krajom MERCOSUR-u alternatywę wobec USA, zmniejsza polityczną presję i osłabia rolę Stanów Zjednoczonych jako głównego partnera handlowego i arbitra w regionie. To nie jest konflikt otwarty, raczej chłodne „nie wtrącajcie się na nasze podwórko”.
Rosja gra na jeszcze innym poziomie. Dla Moskwy Ameryka Południowa to przestrzeń do budowania antyzachodnich sojuszy, sprzedaży broni i prowadzenia narracji o „wielobiegunowym świecie”. Umowa UE–MERCOSUR wzmacnia Zachód jako całość, ogranicza pole manewru rosyjskiej dyplomacji i odbiera jej argument, że Europa traci globalne znaczenie. Dlatego MERCOSUR jest niewygodny dla wszystkich trzech mocarstw, bo przestawia pionki na geopolitycznej szachownicy.
MERCOSUR a sprawa Polski
Jesienią 2023 roku zmienił się układ w Polsce. Po 10 latach PiS stracił władzę. Rząd utworzyły wspólnie KO -PSL – Polska2050 i Lewica. Początkowo sprawa MERCOSUR nie była jasno komunikowana przez koalicję. MERCOSUR nie był politycznym tematem numer jeden. Nowy rząd przejmował władzę w warunkach chaosu. Miał przede wszystkim do ugaszenia pożary związane z Krajowym Planem Odbudowy i naprawieniem relacji z Brukselą. Do tego dochodziły kwestie wewnętrzne – wysoka inflacja czy praworządność. Handel z Ameryką Południową wyglądał na sprawę odległą i „techniczną”, a nie na bombę społeczną.
Dodatkowo koalicja chciała odbudować wiarygodność w Unii. Po latach konfliktów z Brukselą naturalnym odruchem było unikanie otwartych sporów z Komisją Europejską. MERCOSUR nie zaprzątało też głowy rolnikom. Protesty z 2024 roku dopiero nadchodziły. W 2023 MERCOSUR w Polsce był abstrakcją, a realnym problemem było zboże z Ukrainy. Dopiero gdy te narracje się zlały, temat stał się politycznie gorący. Umowa z krajami MERCOUR stała się niczym legenda o czarnej wołdze, która porywała dzieci. Nikt jej nie widział, ale niemal każdy o niej mówił. I w takim chaosie komunikacyjnymi rząd wszedł w kampanię wyborczą o Pałac Prezydencki.
A MERCOSUR wrócił na polityczny tapet. Nie trzeba było wybitnego spinu. Wystarczyło jedno zdanie: Bruksela chce zalać tanią i niezdrową żywnością, które powtarzano na zmianę z tym, że Unia chce wykończyć polskie rolnictwo.
MERCOSUR łączy kilka lęków naraz. Rolnictwo, Zielony Ład, import z Ukrainy, globalizacja, elity kontra prowincja. Jest łatwy dla populistów. Wiele strun, które można szarpać i grać fałszywą muzykę. Wykorzystaniu umowy MERCOSUR w kampanii wyborczej sprzyjała też atmosfera społeczna. Rolnicy byli już na ulicach. Protesty z 2024 roku nie wyparowały. Została złość, poczucie zagrożenia i narracja, że „ktoś w Brukseli handluje naszym kosztem”. MERCOSUR idealnie pasuje do roli symbolu: suwerenność, polska wieś, presja z zewnątrz.
Umowa stała się też dobrą pałką na rząd. PiS sprawnie rozegrał to co się wydarzyło za jego rządów. Powstał spin, że umowa to sprawa obecnej koalicji. Nie miało znaczenia, że realne decyzje zapadały wcześniej, kampania nie jest od chronologii, tylko od emocji. Kandydaci nie musieli nic wymyślać, temat leżał gotowy.
Do dziś umowa MERCOSUR to przede wszystkim emocje i spiny. Legenda o czarnej wołdze trafiła do społeczeństwa. Komunikacja w sprawie umowy prowadzona jest do wewnątrz i na zewnątrz.
Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, jak zawsze
Najciekawsze jest to, że rząd nie jest przeciwko tej umowie. Nie są przeciwko też rolnicy. Jedni i drudzy są przeciw, kiedy trzeba coś powiedzieć publicznie. Kiedy jednak wyłącza się dyktafon słyszę: - To jest kwestia pieniędzy.
Organizacje rolnicze protestują, bo chcą wyrwać od Komisji Europejskiej najwięcej, ile się da dla siebie. Wiedzą, że dla UE ta umowa jest jak tlen. Rząd też nie jest przeciw. Ale gra umową, tak samo, jak gra nią PiS. MERCOSUR stał się dla nich pałką na opozycję i prezydenta Karola Nawrockiego.
na zdjęciu: Tony ziemniaków przed budynkiem Zgromadzenia Narodowego wysypane w proteście rolników. fot. EPA/TERESA SUAREZ/PAP
Mariusz Kowalewski














Komentarze
Pokaż komentarze (119)