Blog
Gwiaździste niebo we mnie
Janusz Krzysztof
5 obserwujących 429 notek 59610 odsłon
Janusz Krzysztof, 10 lutego 2019 r.

Oddalić samotność

50 2 0 A A A

[fragment mojej nowej powieści]


Ewa cieszyła się, ale równocześnie bała się tego spotkania z różnych powodów, nie do końca uświadomionych. Ale teraz jej serce nie wiadomo dlaczego kazało podbiec do niej jak na skrzydłach. Przez chwilę stały naprzeciw siebie, nic nie mówiąc, tylko patrząc. Wreszcie Ewa zdobyła się, by dotknąć jej ciemnych, mahoniowych włosów, szczupłej twarzy, policzka. Spokojnie objęła jej złączone dłonie, zbliżyła do swoich ust, wciąż patrząc jej w oczy.
-Siostrzyczko - szepnęła, dotykając jej palce ciepłym pocałunkiem - stęskniłam się jednak za tobą.
Pierwsze lody od razu puściły. Aldona także ją objęła i tak przez chwilę stały, lekko do siebie przytulone, ale też w siebie wpatrzone, jakby ciesząc się, że się wreszcie odnalazły po dłuższej rozłące.
-Ewa, siostrzyczko, wypiękniałaś i wydoroślałaś - szepcząc Aldona jeszcze bardziej przywarła do swojej przyjaciółki. -Jestem szczęśliwa, że przyszłaś.
Powtórzyła zaproszenie do siebie, więc Ewa wzięła ją pod rękę i żywo rozmawiając, a nawet momentami tańcząc z radości, udały się w kierunku domu Czardasz przy ulicy Brahmsa.
Często i swobodnie uśmiechająca się Aldona wprowadziła przyjaciółkę do środka i przedstawiła jej sublokatorkę. Była nią Angela, lekarka z pobliskiego szpitala, starsza od niej o siedem lat, czyli od Ewy starsza o dziewięć. Usiadły w trójkę przy stoliku, gdzie na środku stały w wazoniku drobne, błękitne kwiaty, jakby dopasowane do oczu Ewy i sukienki Aldony. Po kilku minutach, kilku zdawkowych słowach i uśmiechach, Angela zerwała się, mówiąc:
-Przepraszam, ale już jest po wpół do piątej, więc muszę wyjść. Mam dyżur w szpitalu, wrócę nad ranem.
Aldona i Ewa stanęły przy drzwiach do mieszkania i pożegnały ją. Gdy ucichły jej kroki na korytarzu usiadły tuż obok siebie na sofie. Tym razem Ewa położyła głowę na ramieniu przyjaciółki i tak delektowały się sobą, obejmując się nawzajem i splatając dłonie.
-Chyba wciąż jesteś dla mnie najważniejsza, siostrzyczko - szepnęła Aldona.
-Ty też jesteś dla mnie bardzo ważna. Byłaś i jesteś oparciem, opoką, doradcą. Nigdy nie zapomnę, że uratowałaś mi życie, gdy miałam już tego wszystkiego dość. Dość, dość, dość, dość!
-Najgorsze za tobą, Ewa. Nie wracajmy do tego.
Gładziła jej ręce, poważna i trochę zamyślona, jakby się zastanawiając, co jeszcze mogłaby jej przekazać, by przypomnieć, kim była dla niej. Tych kilka miesięcy, które je rozdzieliły, były trudne. Nie mogła się odnaleźć, czuła się osamotniona, a życie stało się zupełnie jakby bez blasku. Może dlatego mówiła niezwykle szczerze:
-Ewa, bardzo cię wtedy kochałam. Nie mogłam pozwolić, żeby cię w tak idiotyczny sposób utracić. Szkoda, że to wszystko się tak zakończyło, Ewuś, ale widocznie tak musiało być.
Ewa wiedziała, co Aldona miała na myśli - to ona wyrwała ją z narkotyków, które wpadły w jej posiadanie po śmierci Beaty - koleżanki, która przedawkowała. Był taki okres, że trochę się z nią zaprzyjaźniła. I to ona nauczyła ją potajemnie się szprycować, co początkowo ją tylko bawiło. Beata zapewniała, że to takie bezpieczne, jednak Ewa dość łatwo dała się na dobre już wciągnąć. Zapewne z powodu swojej słabej psychiki i ciągłych prób samounicestwienia odurzanie się heroiną stało się to wręcz konieczną jej potrzebą, a wkrótce nakazem, dyktatem coraz bardziej uzależnionego organizmu. Początkowo wydawało się niewinnym poszukiwaniem drogi w ciemnościach, ucieczką od tego wszystkiego, co było nie do zniesienia, a tak naprawdę okazało się zasadzką szatana, labiryntem bez wyjścia, lepką siecią pajęczą, by ją złowić i zabić.
Aldona była dziewczyną delikatną i taktowną, ale potrafiła być też stanowcza, a momentami stawać się grubiańska i despotyczna. Gdy zobaczyła, że Ewa znajduje się na równi pochyłej, bez wahania zajęła się nią, nie pytając jej o zdanie. Opiekowała się, chodziła za nią, pilnowała, by skończyła z tym wszystkim, co ją niszczyło. Mimo jej oporów była skuteczna aż do momentu, gdy trafiła na jej tak silny sprzeciw, bunt i złość, że zwątpiła. Wtedy na dosłownie kilka dni odpuściła, zniesmaczona po jakiejś między nimi awanturze, właśnie o te narkotyki. Ten jeden jedyny raz odeszła od roli anioła stróża, zostawiła ją samej sobie. Efekt był fatalny - Ewa weszła w trans na bez mała trzy dni i noce i o mało nie skończyła tak, jak Beata. Aldona jednak miała przeczucie. Zjawiła się na miejscu w samą porę i wiedziała jak się zachować. Uratowała ją, a potem znów przez długi czas nie opuszczała ani na krok.
Wtedy dopiero Ewa wreszcie przejrzała na oczy. Ktoś ją kochał, ktoś o nią walczył, a więc była komuś potrzebna i dla kogoś cenna. Odwzajemniała się, jak potrafiła i tak trwały w szorstkiej, czasem burzliwej przyjaźni ze sobą.
Jednak gdy kiedyś Aldona dała do zrozumienia, że chciałaby się z nią kochać, być jej partnerką także w seksie, to znów zaczęło się psuć między nimi. Ewa nie wyraziła zgody, nie była zainteresowana ani gotowa, nie chciała być lesbijką. Znała to wszystko, żyjąc tak długo w tym babskim środowisku. Aż nazbyt często słyszała o tym, co dziewczyny robią, gdy są we dwie albo we trzy i gdy potrzebują mocniejszych, seksualnych doznań. Wychowano ją w taki sposób, że choć tolerancyjna, to jednak nie przepadała za homoseksualistami. Dlatego zachowanie koleżanek, szukających w ten sposób mocnych wrażeń erotycznych w przeróżnych, wciąż zmieniających się konfiguracjach, uważała wręcz za niegodne, nieestetyczne, niemądre. Wielokrotnie ktoś ją kusił, namawiał do tego "damskiego spółkowania", bo była atrakcyjna, wręcz przyciągała urodą i figurą, lecz ona dała się już wokół poznać, że nie o to jej chodzi.
Natomiast Aldona to była innego typu osoba, miała zupełnie inny charakter. Potrzebowała czegoś więcej, czegoś prawdziwego, głębszego, a nie imitacji uczucia. Ewa odczuwała jej miłość, a jej chęć zbliżenia do niej wynikała z tęsknoty, by być naprawdę i na bardzo długo razem. Wymarzyła sobie, że połączy je prawdziwe uczucie, którego ukoronowaniem będzie wspólne życie. Jednak Ewa także i to odrzucała z niesmakiem. Choć pozostały przyjaciółkami, to jednak po tych "lesbijskich zalotach" zrobiło się już chłodniej między nimi. Odchodziły od siebie, wracały, znów odchodziły, aż wreszcie Ewa zaproponowała zeszłej jesieni, by zupełnie ze sobą skończyć. Wkrótce potem poznała Paula i wszystko zaczęło się jeszcze inaczej zmieniać.
Bo Aldona szybko domyśliła się prawdy o nim i niemal od razu uznała, że jest ktoś taki, z kim chyba nie wygra. Bez zbędnych słów, bez wymówek potrafiła się odsunąć i uszanować wybór Ewy, dla której wcale to nie było takie pewne. Paul był atrakcyjny, sporo od niej starszy, starał się o nią i opiekował, ale czy to był ten, na którego czekała? Nie, wciąż nie była tego pewna. Zaczynała się gubić w domysłach, czego jej właściwie potrzeba.
Na dodatek te jego nocne wyjścia, zapewne do jakiejś kobiety - a więc jego niewierność na tak wczesnym etapie znajomości! Tym razem niespodziewanie dla siebie po raz pierwszy poczuła się przez niego upokorzona, zdradzona, oszukana. Mógłby przynajmniej spróbować wyjaśnić, ale teraz czuła, że jest za późno. Nie chciałaby go teraz tak po prostu zostawić, bo przecież go aresztowali, ale czy współczucie dla niego w takiej trudnej sytuacji wystarczy, by zapomnieć o braku zaufania? By wciąż o nim wspominać pomimo tego, że ją zawiódł?
Coraz bardziej zaczęła odczuwać potrzebę przebywania z Aldoną, którą w zeszłym roku tak niesprawiedliwie i w tak mało delikatny sposób odprawiła.
I znów to jej niezdecydowanie. Teraz, u niej w mieszkaniu, znów nie była pewna, czego chce. Czy dlatego wykonała ten jeden, pierwszy krok w kierunku do Aldony, choćby na ten jeden moment, bo znów potrzebowała jej pomocy? Z wyrachowania, bo tamta mogła jej w czymś pomóc, a przynajmniej mogłaby dać jej jakiś punkt zaczepienia w jej poszukiwaniach Paula? Znów miałaby coś zrobić, znów ją ratować? A może chodziło jej o coś innego, o odgrzanie tego, co je kiedyś zaczynało łączyć, a potem czasem żałowała, że odrzuciła?
Efekt był na razie taki, że Aldona usłyszała teraz wreszcie słowa wdzięczności za swoją szlachetność i opiekę wtedy, gdy Ewa tego najbardziej potrzebowała:
-Dziękuję ci, kochanie, jestem ci wdzięczna. Też cię wtedy kochałam i bardzo byłam wdzięczna za twoją miłość. A ty umiałaś zastąpić wszystkich, których wcześniej straciłam - matkę, ojca, brata, przyjaciela. Byłaś dla mnie niezwykłą osobą, prawdziwą siostrą i przyjaciółką.
Aldona spuściła głowę, próbując sobie z tym poradzić.
"Też cię wtedy kochałam" - usłyszała, ale ile w tym było prawdy?
"Byłaś dla mnie prawdziwą siostrą i przyjaciółką" - to akurat sprawiło jej odrobinę satysfakcji, że Ewa to dostrzegała, że nie zapomniała. Tak było, a ona chciałaby, żeby wciąż tak było. Nie dalej jak wczoraj budziła się ze świadomością, jak jej brak Ewy i jak żałuje, że tamto, co je łączyło, już się skończyło. Przecież była niemal pewna, że to był koniec tej według niej zbyt krótko trwającej, trochę dziwnej relacji. Jakiegoś rodzaju przyjaźni, choć chciałaby czegoś więcej. Bezinteresownej, bez zobowiązań, wciąż bez seksu, ale i bez zazdrości, bez wyrażania wyrzutów, wymówek i rozczarowań. Po kilku potyczkach i niesnaskach, gdy próbowała się do niej zbliżyć, Ewa jednak zdecydowała w końcu o odejściu, o rozstaniu.
"Skończmy z tym, Al, żeby wszystko było jasne i uporządkowane. Nie jestem lesbijką, Al, nie polubię tego." Pamiętała te przykre słowa, myślała o nich wiele razy. Była przekonana, że przyczyną było to, ze Ewa woli być z Paulem, może z innym mężczyzną, ale na pewno nie z nią. Dlatego teraz Aldona jeszcze niezbyt dobrze wyczuwała, czego może oczekiwać po przyjaciółce:
-Ewa, wiesz najlepiej, jak było i jak jest teraz między nami. Masz przecież kogoś. Ja też kogoś szukam, choć na razie ... nic konkretnego.
Przymknęła oczy.
-Nie, nic to mi nie dało, Ewa. Prawie nic.
-Al ...
-Tak, Ewa?
-Ja także nie jestem szczęśliwa. Al, z tobą było inaczej ...
-Może tak było, ale nie jest. Jednak "my" wtedy, Ewa, to niekoniecznie to samo, co "my" teraz. Myśmy się zmieniły, więc dzisiaj ...
-Wiem, Al, wiem. Już nic nie będzie takie samo między nami, jak było kiedyś. Możesz mieć żal do mnie, możesz mi nie ufać, Al. Nie mam ci za złe.
-Nie, Ewa, ja nie mam do ciebie żalu. Stało się, jak się stało, a teraz jedynie myślę o tym, czemu w taki razie chciałaś się ze mną dzisiaj spotkać? W czym chcesz, żebym ci pomogła, Ewuś?
Podniosła na nią swoje piękne, brązowe oczy, chwyciła i ścisnęła silnie jej dłoń.
-Czego potrzebujesz, Ewunia? - powtórzyła zupełnie spokojnie. - Jeśli potrafię, to ci pomogę.
Wyczuła ją, ale nie od razu padła odpowiedź. Ewa wyrwała swoje ręce i ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała rozmawiać o Paulu, choć być może z taką myślą szła na dzisiejsze spotkanie.
-Al, nie wiem, czego potrzebuję. Kiedyś powiedziałaś, że nie jestem zbyt dojrzała. Miałaś rację, Al. Nie byłam i nie jestem zbyt dojrzała.
-Przepraszam cię, Ewa, nie chciałam cię urazić.
-Nie, Aldona, nie o to chodzi. Żal mi tamtego czasu, gdy byłyśmy razem. Może nie wszystko, ale dużo między nami się popsuło. Może to ja popsułam, Al, ale nawet nie potrafię cię przeprosić.
-Idziemy każda swoją drogą, Ewa, i coraz mniej o sobie wiemy. Może tak musi być, że będziemy jak dwie odpływające od siebie chmury lub mijające się łodzie żaglowe.
Tym razem Ewa wyciągnęła swoje dłonie i objęła ramiona przyjaciółki.
-Nie wiem, czy musimy iść osobno, każda swoją drogą. Martwię się tym i może właśnie to jest trudne do zniesienia. Nie rozumiałyśmy się i nadal chyba nie rozumiemy. Nie uwierzyłaś mi nawet, że także ciebie wtedy kochałam, Al. Może tak jakoś nieudolnie, po swojemu, ale tak było, Al. Ty chciałaś inaczej, wiem, pamiętam. Ja to odrzuciłam, Al! Wybacz mi wszystko! Może nie uda się drugi raz przeżyć tego samego snu, wejść do tej samej wody, ale nigdy nie wątp, proszę, że byłaś dla mnie kimś niezwykle ważnym. Więcej, niż przyjaciółką. Zastąpiłaś mi siostrę, mamę, ciocię, babcię. Al, nie zapomnij mnie, proszę, tak jak nigdy nie zapomnę ciebie!
Aldona uśmiechnęła się z wysiłkiem. Na pewno nigdy o niej nie zapomni. I to jeszcze nie było wszystko - uświadomiła sobie bez większego zaskoczenia, że wciąż ją kocha. Jeszcze w nocy, po jej telefonie, wszystkie wspomnienia odżyły, stanęły jej przed oczami, przywołane ze swojej wcale nie takiej wdzięcznej, bo przecież czasami przykrej pamięci.
Teraz słyszała inną dziewczynę, niż przed kilkoma miesiącami. Czułą, poważną, bardziej dojrzałą. Zawahała się, ale zdecydowała się powiedzieć coś, co chyba wcale nie oszołomiło Ewy.
-Przytulmy się jeszcze raz, Ewuś. Spróbujmy tego, co kiedyś czasem zaczynało nas łączyć. Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię. Chciałabym tylko poczuć ciepło twoich dłoni i zapach twojego ciała. Nie będziemy niczego robić, czego ty nie chcesz. Ty mi opowiesz przy okazji parę rzeczy, tylko szczerze, o sobie, a ja ci opowiem o sobie. Już ci powiedziałam, że cię kochałam i ty o tym wtedy wiedziałaś. Pragnęłam wtedy ciebie i też o tym wiedziałaś.
Niespodziewanie dla siebie Ewa poczuła, że o to także w duchu prosiła, że także za tym tęskniła, za intymną bliskością z tą przyjaciółką, której miłość do siebie bezsprzecznie wyczuwała. Zawsze, gdy czuła sie bezradna, zagubiona, przerażona lub zrozpaczona, ktoś taki jak Aldona, choć ostatnio również i Paul, mógł mieć szczególny i korzystny na nią wpływ, któremu chciała, czasem wręcz gorąco pragnęła się poddać. A przecież jak rzadko komu ufała właśnie Aldonie, bo tyle już razy w jej krótkim życiu otrzymała od niej pomoc, pocieszenie i wsparcie.
Zrobiły więc tak, jak Aldona poprosiła. Położyły się obok siebie i poczuły nawzajem swoje ciepło, dotyk i zapach. Ich delikatne, dziewczęce wargi spotykały się, początkowo niemal przypadkiem, jakby na wspomnienie tego, co pamiętały jeszcze sprzed niemal roku i nawet wcześniej. Czuły, że tak jak wtedy znów zaczyna im to sprawiać odrobinę radości. Ewa gładziła ją po twarzy, gęstych włosach, pieściła palcami jej nabrzmiewające pod sukienką piersi. Aldonie pozwalała całować swoją twarz, szyję, ramiona. Owszem, tak zdarzało się także przed rokiem, może i wcześniej, ale zawsze na krótko i na tym Ewa kończyła, nie zadowalając partnerki.
A teraz Ewa pragnęła czegoś więcej, niż wtedy. Jeszcze dwie godziny temu rozważała, czy nie wycofać się z tego spotkania, lecz teraz bardzo była ciekawa, co zdarzy się dalej. Wsłuchiwała się w każdy szept, każdy oddech Aldony, czekała z podświadomą radością na każdy jej dotyk. Ona nie spieszyła się jednak. Miały dużo czasu, a ona być może bała się coś zepsuć zbytnim pośpiechem. Jej delikatne czułości towarzyszyły cichutkiemu, jakby nieśmiałemu wyznaniu, wyszeptanemu przez przyciśnięte do policzków usta:
-Ewuś, mogłabym być szczęśliwa z tobą. Tak, Evi, tylko z tobą.
-Tak, Al, wiem. Możemy jeszcze spróbować ...
Ewa uśmiechała się. Lubiła, gdy Aldona zdrobniała jej imię, szeptała to swoje "Evi".
-Jednak ty masz kogoś innego, Ewa. Opowiedz mi o nim, proszę.
Ewa obróciła się i popatrzyła w sufit, z rozchylonymi wargami, dotykając palcami puszystych włosów przyjaciółki.
"Mój Boże, ona jest mistrzynią" - pomyślała z przyjemnością, znów przywierając do niej. Uświadomiła też sobie, jak dużo straciły, rozstając się zbyt wcześnie. Wcale nie była pewna, czy chce jeszcze mówić o Paulu, choć przecież z takim zamiarem tutaj przyszła. Zamknęła oczy i przycisnęła usta do jej przedramienia, mówiąc:
-Al ...
-Tak ...
-Ja też mogłabym być z tobą szczęśliwa, Al, wiesz przecież. Wtedy ... nie udało się nam. Zapomnijmy o tamtym, spróbujmy jeszcze raz, Al.
Stopniowo rozluźniały się już zupełnie, w przenośni i dosłownie. Ewa rozpięła sukienkę i ją zdjęła, a za moment zsunęła także delikatnie ze swojej partnerki. Aldona zrobiła to samo ze swoją pachnącą bielizną, a potem stopniowo swojej kochanki.
Ich delikatne, subtelne pieszczoty przybliżały je wciąż do siebie. Ewa czuła, jak krew ją rozgrzewa, a serce szybciej bije. Jej pocałunki były inne, już nie takie niewinne, niemal dziecięce jak jeszcze niedawno. Już nie tylko pozwalała, ale prosiła o dotykanie swoich ramion, szyi, piersi, jednocześnie tuląc się do dłoni Aldony i jej warg. Była dojrzalsza, bardziej spragniona, niż tych dziewięć czy dziesięć miesięcy temu, gdy Aldona próbowała kilka trzy razy zaprosić ją do takich seksualnych spotkań, jakie mogą ze sobą odbyć dwie kobiety. Ewa wtedy tego nie chciała, ale teraz było inaczej - jej rozgrzane ciało zaczynało wyraźnie odczuwać taką potrzebę.
Aldona nie była jednak pewna, wciąż jakby się czegoś bała, nowego odtrącenia, rozczarowania, goryczy, nawet upokorzenia.
-Opowiedz mi o nim, proszę - szepnęła, lekko unosząc się, by łatwiej mogła całować oczy tej wciąż wymarzonej swojej kochanki. -Jak on ma na imię?
-Paul.
-To ładnie. Widziałam dzisiaj jednego Paula, jest bardzo piękny. Ciemne, niemal czarne włosy, bardzo przystojny.
-Tak, masz rację, Al.
-Poznałam go już wczoraj wieczorem, ale niewiele widziałam, tylko wyraźnie słyszałam jego głos. Miał akcent podobny do tego, jaki miał mój kochany tatuś. Tego się nie zapomina, głosu swojego taty. Wiesz przecież, Ewa, wiesz przecież.
-Tak, Al, czułam, że go poznasz. Mówiłam ci kiedyś o nim, musiałaś to zapamiętać, może dlatego łatwiej go poznałaś.
Przerwała i znieruchomiała, by na chwilę zadać jednak ważne pytanie:
-Czy on jest aresztowany tam u was, Al? Za co?
-Nie wiem, Ewuś, o co w tym chodziło i chodzi. Wczoraj był aresztowany, dzisiaj już nie. Zwolnili go i nawet uczestniczył u nas w takim ważnym spotkaniu, więc już na pewno jest zwolniony. Tak, Ewuś, on już jest wolny.
Zastanowiła się, co jej wolno, a czego nie wolno powiedzieć, żeby nie złamać tajemnicy służbowej. W końcu wybrała to, co chciała od siebie przekazać, wyjaśnić.
-Możesz być już z nim, Ewa. Może już czeka na ciebie, albo za chwilę zadzwoni. Mają tam jeszcze ciągle tę tajną naradę, przez którą mój szef kazał mi już wyjść z pracy. Nie musiałam tam być dłużej, wręcz nie powinnam, dlatego mogłyśmy się spotkać troszeczkę wcześniej.
Być może mówienie o Paulu, jednak konkurencie do uczuć Ewy, nie było dla niej zbyt przyjemne, bo zamilkła i lekko się odsunęła, jakby czekając, czy partnerka skorzysta z rady i odejdzie. Jednak reakcja Ewy była zupełnie inna - to ona przejęła inicjatywę i nie tylko czekała na nowe czułości i pieszczoty, ale sama zaczęła dominować i ubiegać się o więcej i więcej.
-Al, jeszcze bądźmy przez chwilę razem, ty i ja - poprosiła. -Potem pójdę ... jeśli chcesz. Jeśli każesz mi odejść, to pójdę ... Ale teraz ... Al, bądź ze mną, pragnę tego. Al ...
Aldona poczuła, jak nowe pocałunki obsiadły jej piersi, potem przemieściły się na boczną stronę szyi, przesunęły się na początek brzucha, biodra, uda, kolana. Dłonie Ewy, gorące i niecierpliwe, coraz mocniej chwytały, jakby w jakimś zapamiętaniu, jej mahoniowe, twarde, poskręcane włosy. Ewa co rusz odgarniała te jej loki i swoje długie blond włosy, by całować namiętnie i po kolei całą jej twarz, skroń, szyję.
Aldona początkowo pasywna, zaczęła rewanżować się coraz śmielej i czulej. Przyciągnęła jej głowę do siebie, jeszcze raz do swoich piersi, od tak dawna spragnionych pocałunków i dotyku gorącej twarzy Ewy.
A teraz znów nawzajem pieściły się ich wargi, pachnące, urzekające, soczyste. Chyba po raz pierwszy w życiu Ewa poczuła, jak jej ciało pragnie aż takiej bliskości z inną kobietą, czuła też, co się dzieje z jej partnerką.
Aldona patrzyła na nią, przypominając sobie ich wspólne godziny w łóżku sprzed kilku miesięcy. Wtedy Ewa była inna, zimna, odległa, obojętna, a czasem opryskliwa. Teraz łasiła się do niej, obejmowała, pieściła, jakby chcąc się z nią zjednoczyć tak silnie i serdecznie, jak tylko miłosna namiętność potrafi. Trochę się bała, że to tylko erotyczny sen, ale cudowny i oczekiwany, upragniony.
Zatrzymały się na chwilę, bo Ewa dotykając i odgarniając ponownie jej włosy tuż przy skroni wyczuła palcami niedużą bliznę. Przyglądała się jej, a potem znów spojrzała w jej oczy.
-Skąd to masz, Al? Chyba nigdy tego nie widziałam.
-To dość stara pamiątka po wypadku, jeszcze w Wiedniu. Takie tam, w sumie niegroźne, choć było dużo strachu.
-Gdzieś na drodze?
-Nie, w metrze, gdy pociąg wjeżdżał na stację. Było okropnie ostre hamowanie, bo ktoś wpadł na tory. Ja się niczego nie trzymałam i rozbiłam sobie głowę. Jakoś wytrzymałam tych kilka szwów.
Ewa nieco się zamyśliła, a za chwilę po raz pierwszy roześmiała się jakby coś ją rozbawiło.
-Czemu się śmiejesz?
-Nie wiem, Al, nie wiem. Dziwne to wszystko jest. Ty jesteś z Wiednia, ja z Krakowa, spotkałyśmy się w Berlinie.
-Masz rację, Ewuś, to wszystko takie dziwne. I ten zagadkowy uśmiech losu, który nas złączył. I to, że znów podałyśmy sobie ręce.
-Może dlatego, że to wszystko takie dziwne, znów jest nam tak dobrze ze sobą. Przynajmniej możemy mieć szansę, by tak było.
-Tak, Ewa, wreszcie tak.
- Może zmądrzałam trochę, Al. Albo bardziej wsłuchałam się w głos swojego serca. Patrz, ja nigdy nie odpłaciłam ci za twoją miłość, za twoją wierność, oddanie. Za to słońce, bijące od ciebie, które zaglądało i rozgrzewało moje serce, gdy byłam taka chora. I taka samotna, jak zwierzę złapane w sidła. A ty mnie pilnowałaś, czuwałaś, abym nie zdechła w jakiejś paskudnej, koszmarnej dziurze.
-Nie, Ewa, nie trzeba. Nie masz żadnych długów wobec mnie. Nigdy.
-Al, jesteś piękna. Zazdroszczę ci, że potrafisz tak kochać. Czuję tę miłość, ona jest taka piękna
-Ty też potrafisz.
-Nie, nie wiem, czy potrafię. Może przez te moje wspomnienia nie potrafiłam ciebie kochać, Al. Ani ciebie, ani nikogo. Często czułam się, jak idiotka. Jak kawał bezwolnej, wymiętej szmaty. Pieprzonej, brudnej szmaty.
-Ewa, proszę, nie mów tak!
-Al, tak się czułam przez dwa pierwsze lata tutaj. Byłam wtedy taka sama. Choć jeszcze żywa, to czułam się, jakbym umarła.
-Ewuś ...
-Tak, Al, czasem prosiłam Boga ... o śmierć. Nawet wtedy, gdy ty się zjawiłaś. Wtedy, na początku, to nic nie dało, że cię poznałam. Wtedy jeszcze nie czułam, że to mogłoby być tym czymś, czego bym chciała. Czymś dobrym, może jakimś wyzwoleniem, obudzeniem z potwornego snu.
Aldona ocierała łzy, które pojawiły się na rzęsach i policzkach Ewy. Kilka następnych spadło na jej szyję i piersi, więc wytarła je palcami, które zaraz potem jakby machinalnie włożyła do ust, by posmakować ich słoność.
-Al, dzięki tobie nie zwariowałam wtedy do końca. To była ostatnia chwila, następnego dnia mogło być za późno. Dzięki tobie nie zabiłam się, będąc tak samotna, że przypominałam daleko w przestworza wyrzucony bezwartościowy kamień lub jakieś próchno. Albo porzucone niemowlę, gdzieś w ciemnym lesie. Jednak dopiero teraz to czuję, ile ci zawdzięczam i zapewne znacznie bardziej to rozumiem, choć jeszcze nie wszystko. Kiedyś, wtedy, gdy przyszłaś, Al, na pewno nie umiałam kochać. Al, nie umiałam i nie mogłam. A może się bałam, nie wiem. Nie, nie! Nie to, że może, Al! Wiem, że na pewno się bałam. Ciebie też się bałam, twojej miłości.
-Dlatego uciekałaś, dlatego narkotyki ...
-Masz rację, że może to wszystko przez Beatę, przez tę jej heroinę. Tak, może ta jej heroina, której pragnęłam czasem brać więcej i częściej, niż czegokolwiek innego, sprawiła, że nie ... nie byłam sobą, Al. Nie byłam sobą ... nie byłam z tobą ... wtedy. Teraz ... teraz ... teraz ... Al ... jest mi tak dobrze ... Al ...
Pocałunki stały się gorętsze, niż potrafiły sobie wcześniej wyobrazić. Ewa czuła, że zgodzi się na wiele, choć nie myślała jeszcze o tym, na jak wiele. Kiedyś ona ją o to prosiła, lecz nie, ona wtedy jeszcze nie mogła. Dzisiaj było inaczej, choć Aldona jeszcze nie odważyła się pieścić jej najbardziej intymnych miejsc. Ale Ewa - tak, czekała i była już gotowa także i na to.
-Al, bałam się ciebie. Że mnie w sobie rozkochasz, że dla ciebie stracę do końca rozum, którego i tak niewiele wtedy miałam. Bo przecież to nie może być rozumne, ta twoja piękna twarz i twoje serce, które tak pięknie potrafi kochać. Wbrew logice, wbrew Bogu, wbrew podobno jego woli. Wbrew powinności nas, jako kobiet, by dać się zapłodnić i urodzić dzieci.
Wciąż się całowały, pieściły w najczulszy sposób, wyznawały wszystko aż do bólu.
-A ja kochałam cię, Ewa, potrzebowałam i pragnęłam.
-Tak, Al, wiedziałam i teraz też wiem. Tylko, że nigdy ci tego nie odpłaciłam. Twojej miłości, której się bałam.
-Kochanie ...
-Al, teraz jest inaczej. Al, już się nie boję.
Ich ramiona oplotły się i splątały jak gałęzie dojrzałych drzew w najgęstszym lesie, jak poskręcane łodygi wodorostów, jak wirujące w powietrzu, tańczące klucze ptaków. Roziskrzone oczy mówiły więcej, niż wilgotne usta, zajęte pieczętowaniem kolejnych skrawków skóry, włosów, rzęs, powiek.
-Evi, zostań jeszcze - szeptała rozpłomieniona Aldona. -Nie martw się o niego, o Paula, on jest już wolny. Zostań ze mną, Evi!
-Tak, Al, będzie jak chcesz. Jestem szczęśliwa, Al. Dzięki tobie, Al. Powiedz mi, proszę, że mnie jeszcze wciąż kochasz, mimo wszystkich moich niewdzięczności.
Bardzo chciała wyrazić, co czuła w głębi serca do Aldony. Wyrazić swoją wdzięczność i przywiązanie, ale nie tylko - teraz także pożądanie, namiętność, miłość.
-Już się nie boję tego, że pragnę być tylko z tobą, Al. Nawet jeśli dzisiaj lub jutro umrę, to będę szczęśliwa, że podarowałaś mi swoją miłość. Że w tym podłym świecie i w tym moim nędznym życiu pojawiłaś się ty, cudowna dziewczyna. Moja siostro, moja cudowna siostrzyczko. Dziękuję ci, Al.
Ewa pamiętała te wesołe rozmowy swoich rozbrykanych koleżanek i kolegów w szkole, te chichoty, komentarze o tym, w jaki sposób uprawiają lub chcą uprawiać seks. Dla niej to było zbyt wyuzdane, te rozmowy o spółkowaniu w układach damsko-męskich i homoseksualnych. To zawsze ją raziło, czasem irytowało, nigdy nie podniecało ani nie wciągało. Pod tym względem nie była jedyna, ale niewiele było w jej środowisku takich osób. A te chichoty, żarty i rozmaite gesty przy rozmowach o cipkach, penisach, orgazmach, szczegóły anatomiczne części między damskimi i męskimi udami - to wszystko ją irytowało, było takie odstręczające. Wszystko wydawało się jej wyzute z prawdziwych i wartościowych uczuć, które sama sobie wyobrażała i pragnęła.
Aldona była inna, od początku to wiedziała. Jeśli potrzebowała Ewy, jej bliskości, to dlatego, że ją kochała, może nawet aż za bardzo. Teraz, gdy przyszedł taki czas, że nie była pewna swojej następnej godziny i bardziej wyczuwała, niż wiedziała, co im grozi, Ewa chciała jej to nareszcie wynagrodzić. Już dłużej nie czekała i o nic nie pytała. Dotykała i pieściła jej twarz, piersi, brzuch, coraz niżej. Jej dłonie i wargi były takie delikatne, spokojne, jakby dotykała najpiękniejszych kwiatów, jakby całowała główkę ukochanego dziecka. Aldona milczała i słychać było tylko jej szybki, coraz szybszy oddech. I coraz szybsze bicie rozgrzanego serca. I wyprostowujące się jej szczupłe ciało, jakby chciała wznieść je jak najwyżej, może do nieba. Ewa wciąż pieściła ją, jakby posiadała i trzymała w dłoniach największy skarb i jakby chciała w niej uwielbić największą miłość człowieka do drugiego człowieka. Swoją miłość do niej.
-Nie zostawiłaś mnie, Al, wtedy. Nigdy ci tego nie zapomnę, Al - szeptała.
Przesuwała się stopniowo niżej, całując i pieszcząc początkowo nieśmiało, delikatnie, wkrótce coraz bardziej żywiołowo i coraz namiętniej, z narastającą rozkoszą docierając do wilgotnych płatków, otwierających drogę do wewnętrznych, intymnych członków jej ciała.
-Al, moja śliczna!
-Ewa, tak ... proszę. Jeszcze!
Patrzyła, jak ciało Al wiło się w pościeli, biodra unosiły się wyżej i wyżej, opadały, znów unosiły, znów opadały. Ewa dosłownie rozszalała się, chcąc swoją ukochaną doprowadzić na szczyt rozkoszy. Była pewna, że chce spełniać jej oczekiwania, jej marzenia, które kiedyś tak odtrąciła. Sama też jeszcze nigdy nie czuła się tak podniecona, a jednocześnie wciąż i wciąż nienasycona w swoich pieszczotach:
- Al, jeszcze troszeczkę! Al, moja piękna ...
Długo jeszcze nie umiały się rozdzielić, kochały się splecione jak dwie zespolone ze sobą na powrót połówki tej samej kropli krwi, połączone niezmąconym uczuciem nadziei i miłości.
Teraz najlepiej czuły to cudowne, wręcz niebiańskie, wypełniające je uczucie spełnienia.
Zasnęły razem, zmęczone emocjami, które doprowadziły je na wyżyny przeżyć, nieosiągalne dotąd dla żadnej z nich z osobna. Ciasno przylegając do siebie piersiami, splątane nogami, ramionami, twarzami. Jej długie, jasne, lśniące włosy spływały i łączyły się z jej mahoniowymi puklami, pachnącymi jak lilie nad strumieniem Prądnika, gdzie kiedyś tak lubiła spędzać wakacje.
Gdy otworzyła oczy tuż przed północą, zobaczyła jej śpiące, jasne i jakby uszczęśliwione oblicze. Powoli odsunęła rozżarzony policzek od jej twarzy, wtedy Al uśmiechnęła się delikatnym, przelotnym, niemal dziecięcym uśmiechem. Nie otwierając oczu wyszeptała:
-Jesteś, Ewa. Zostałaś, kochana. Dziękuję.
A ona znów nie była pewna, czego chce. Podarowała Aldonie siebie, chciała ją uszczęśliwić, ale czy sama była w pełni szczęśliwa? Czy może wciąż nie była zbyt dojrzała?
-Al, nie gniewaj się, ale nie wiem, czy dobrze zrobiłam.
-Ja też nie wiem -Aldona całowała jej dłonie. -Jeśli go kochasz, pożądasz lub potrzebujesz, to musisz być z nim, a nie ze mną. Evi, ja już otrzymałam to, o co cię kiedyś prosiłam. Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz, tutaj, z tobą. Bo ty też wreszcie tego chciałaś i byłaś ze mną. Będę o tym pamiętać zawsze, o tych ślicznych chwilach, a o tobie do końca życia, nawet jeśli za chwilę odejdziesz i znikniesz w jego ramionach.
-Al, mi nie chodzi o Paula. Nawet nie wiem, gdzie on jest. Nic nie poradzę, że jestem z tobą, bo tak ciebie pragnęłam. Ale nie wiem, czy dobrze zrobiłam, bo nigdy bym nie chciała, żeby Bóg ciebie potępił. Za mnie, za moje grzechy, za moje pragnienie bycia z tobą. Al ...
-Ewuś, taka jestem szczęśliwa, dzięki tobie. Chcę tego, czego ty pragniesz. Tak, pragnęłam ciebie i dalej pragnę. Nie wiem, co na to Bóg, jeśli jest. Może nie ma Boga, a ja cię kocham i ty dałaś mi chwile szczęścia, o jakich przez tyle miesięcy marzyłam. Jeśli jednak ...
Przerwała, może nie chciała zepsuć tej cudownej atmosfery między nimi.
-Co, Al? Jeśli jednak - co dalej?
-Jeśli jednak chcesz być z nim, z Paulem, to wiesz, Ewa ...
-Al, ciebie pragnę, nie Paula. Żadnego Paula, Al. Ty jesteś ... moją miłością.
Znów się całowały i przytulały, tym razem bardziej lekko, miękko, spokojnie, nie spiesząc się, ale i nie odsuwając od siebie nawet na sekundę. Drżały obie, obejmując się jak bliźnięta w łonie matki. Ewa pragnęła jej miłości i jej opieki, bez tego znów czułaby się opuszczona, zdradzona, porzucona. To było takie oczywiste, proste i zwyczajnie ludzkie, bo bezgranicznie ufała już tylko jej, Aldonie. Miała też dziecięco naiwne przekonanie, że wreszcie ta ich miłość obie je uszczęśliwi, oddali samotność, wynagrodzi i zaspokoi najprostsze pragnienia.




© Prawa autorskie Janusz Krzysztof Waszak




Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

© Janusz Krzysztof Waszak. Pisanie poezji i prozy to moje hobby. Uważam, że Poezja pobudza do refleksji, ale też powinna wzruszać, a czasem po prostu bawić. Prawa autorskie zastrzegam wyłącznie do poezji i innych utworów mojego autorstwa (żeby nie było wątpliwości co do autorstwa). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników, którzy zechcą tu zajrzeć i te moje utwory przeczytać. Serdecznie zapraszam.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Zosia Samosia  Elżbieto, 6 odcinków opublikowałem, choćobecnie moja powieść ma ich ponad...
  • @Zosia Samosia  Myślę, że masz rację, że moja wizja świata w XXII wieku nie zachęca, by...
  • @Zosia Samosia  Coś w tym rodzaju. Na razie nie ujawnię tego. Bardzo dziękuję za...

Tematy w dziale Kultura